Rozrywka

Mąż pobił mnie i powiedział lekarzom, że poślizgnęłam się pod prysznicem — nie wiedział, że ordynator SOR-u jest moim bratem

Adam obrócił tablet w stronę policjanta.

— Próba przyszła z wewnętrznej sieci szpitalnej. Nie z publicznego Wi-Fi. Ktoś musiał być zalogowany jako pracownik albo korzystać z urządzenia podłączonego bezpośrednio do systemu.

Michał już sięgał po telefon.

— Odłączcie zewnętrzny dostęp do sieci administracyjnej. Natychmiast. I niech informatycy zachowają pełne logi, zanim ktokolwiek cokolwiek wyczyści.

Bielski zrobił krok do przodu.

— Jeśli wyłączycie system, sparaliżujecie część szpitala.

Michał odwrócił się do niego.

— Ktoś używa mojego szpitala, żeby dostać się do dowodów w sprawie próby zabójstwa mojej siostry. Poradzimy sobie przez kilka minut bez wygody.

W jego głosie było coś, co sprawiło, że Bielski zamilkł.

Adam otworzył panel bezpieczeństwa niebieskiego pliku.


— Próba była automatyczna. Ktoś nie zgadywał hasła. Użył klucza dostępowego.

Poczułam ucisk w żołądku.

— Jakiego klucza?

— Jednego z tych, które stworzyłaś dla kopii awaryjnych.

Zamknęłam oczy.

Istniały trzy.

Jeden należał do mnie.

Drugi do Michała.

Trzeci...

— Kancelaria — powiedziałam.


Adam pokręcił głową.

— Nie. Po ostatniej zmianie zabezpieczeń unieważniliśmy klucz kancelarii. Ten jest starszy.

Otworzył historię systemu.

Data utworzenia pojawiła się na ekranie.

Siedem miesięcy wcześniej.

Tego samego tygodnia, w którym rozpoczęłam pierwszą dyskretną analizę przepływów finansowych Vistula Development.

— Nie pamiętam go — wyszeptałam.

Adam powiększył wpis.

Klucz nie miał nazwy użytkownika.

Tylko oznaczenie, które sama kiedyś nadałam.


BCK-04.

Nagle przypomniałam sobie.

— Kopia poza firmą.

Michał spojrzał na mnie.

— Co to znaczy?

— Na początku nie ufałam żadnemu serwerowi Tomasza. Utworzyłam zewnętrzną kopię awaryjną i przekazałam zaszyfrowany klucz osobie, która miała go przechowywać na wypadek, gdybym straciła dostęp do wszystkiego.

— Komu?

Przez kilka sekund nie potrafiłam odpowiedzieć.

Nie dlatego, że nie pamiętałam.

Dlatego, że pamiętałam aż za dobrze.


— Piotrowi Lewandowskiemu.

Bielski gwałtownie podniósł głowę.

Michał to zauważył.

— Znasz go?

— Oczywiście — odpowiedział Bielski. — Jest dyrektorem finansowym Vistula Development.

— Był — poprawiłam go. — Zanim Tomasz odsunął go od najważniejszych decyzji.

Piotr pracował ze mną jeszcze przed ślubem. Pomagał ratować firmę, kiedy była zadłużona po uszy. To on siedział ze mną nocami nad arkuszami kalkulacyjnymi, kiedy Tomasz opowiadał inwestorom o swojej „wizji”.

Ufałam mu.

Właśnie dlatego dostał klucz.

— Od ponad roku prawie nie mieliśmy kontaktu — powiedziałam. — Tomasz twierdził, że Piotr popełnia błędy. Odebrał mu dostęp do części rachunków.


Adam spojrzał na historię połączenia.

— A jednak jego klucz właśnie został użyty tutaj.

Policjant natychmiast poprosił centralę o sprawdzenie nazwiska Piotra.

Odpowiedź przyszła po kilku minutach.

— Nie ma go w domu. Telefon wyłączony od wczoraj wieczorem.

Zrobiło mi się zimno.

— Kiedy ostatnio użył karty firmowej?

Funkcjonariusz przekazał pytanie przez radio.

Tym razem czekaliśmy dłużej.

W końcu usłyszeliśmy odpowiedź.


— Wczoraj, 22:41. Parking podziemny przy ulicy Siennej.

Adam zesztywniał.

— Tam mieści się archiwum księgowe Vistula Development.

Dokładnie to samo archiwum, z którego ktoś wcześniej próbował usuwać kopie zapasowe.

— Piotr próbował ratować dokumenty — powiedziałam.

Bielski parsknął nerwowo.

— Albo je niszczył.

Spojrzałam na niego.

— Dlaczego tak bardzo chce pan, żebyśmy w to uwierzyli?

Jego twarz stężała.


— Niczego nie chcę.

— Kłamał pan już raz.

— Przyznałem się do wszystkiego.

— Nie.

Podniosłam się trochę, mimo bólu.

— Przyznał się pan do tego, co już mogliśmy udowodnić.

Michał spojrzał na niego uważniej.

Bielski spuścił wzrok.

To wystarczyło.

— Co pan wie o Piotrze? — zapytałam.


— Niewiele.

— Profesorze...

— Powiedziałem, że niewiele.

Policjant przesunął się bliżej.

— To dobry moment, żeby zacząć mówić prawdę.

Bielski zacisnął szczękę.

— Widziałem go tutaj.

— Kiedy?

— Kilka razy w ciągu ostatnich miesięcy.

Michał zmarszczył brwi.


— Po co dyrektor finansowy firmy budowlanej przychodził do administracyjnej części szpitala?

— Spotykał się z Tomaszem.

Zapadła cisza.

— Tomasz przychodził tutaj? — zapytałam.

Bielski pokiwał głową.

— Po godzinach. Korzystali z sali konferencyjnej rady.

— I pozwalał im pan?

— Nie zawsze wiedziałem.

— Ale czasami wiedział pan.

Nie odpowiedział.


Michał podszedł do komputera przy ścianie i zalogował się do systemu wejść.

— Jeśli Piotr był tutaj jako gość, będzie ślad.

Bielski nagle zrobił się niespokojny.

— Michał, nie rób tego.

Mój brat zatrzymał dłonie nad klawiaturą.

— Dlaczego?

— Bo możesz znaleźć coś, czego nie chcesz znaleźć.

Michał spojrzał na niego lodowato.

— Po dzisiejszym dniu nie sądzę, żeby zostało wiele takich rzeczy.

Wpisał nazwisko.

PIOTR LEWANDOWSKI.

System wyświetlił listę wizyt.

Jedna.

Trzy miesiące temu.

Druga.

Siedem tygodni temu.

Trzecia.

Dwanaście dni temu.

A potem czwarta.

Dzisiejsza.

Godzina 04:17.

Michał przestał oddychać.

— On jest tutaj.

Policjant natychmiast chwycił radio.

— Zamknąć wszystkie wyjścia. Sprawdzić monitoring. Nikogo nie wypuszczać bez identyfikacji.

Informatyk wysłał na tablet Michała obraz z kamery.

Piotr wszedł do szpitala bocznym wejściem dla dostawców.

Miał na sobie ciemny płaszcz i czapkę.

Wyglądał na wyczerpanego.

Ale nie był sam.

Obok niego szła kobieta.

Kamera uchwyciła ją tylko przez sekundę.

Adam powiększył kadr.

Rozpoznałam ją natychmiast.

Krew odpłynęła mi z twarzy.

— To niemożliwe.

Michał odwrócił tablet w moją stronę.

Kobieta na nagraniu miała około sześćdziesięciu lat, elegancki płaszcz i charakterystyczną srebrną broszkę przy kołnierzu.

Widziałam ją dziesiątki razy na rodzinnych zdjęciach w domu Tomasza.

— Kto to? — zapytał policjant.

Patrzyłam na ekran.

— Matka Tomasza.

Helena.

Kobieta, która przez trzy lata powtarzała mi, że jej syn „nigdy nie podniósłby ręki na kobietę”.

Adam przewinął nagranie kilka sekund dalej.

Helena zatrzymała się przed kamerą, jakby dokładnie wiedziała, gdzie się znajduje.

Spojrzała prosto w obiektyw.

Potem podniosła telefon do ucha.

Sekundę później kamera zgasła.

Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.

No comments yet