Zofia patrzyła na mecenasa Nowaka, jakby jego słowa nie mogły dotrzeć do miejsca w głowie, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się wyłącznie świadomość bólu. Pakiet większościowy. To oznaczało, że przez trzy lata żyła w domu, w którym wszyscy patrzyli na nią jak na zależną od Aleksandra żonę, podczas gdy w rzeczywistości posiadała coś, o co rodzina Montewiczów była gotowa walczyć znacznie bardziej niż o jej małżeństwo.
— Jak to możliwe? — zapytała cicho.
Mecenas Nowak otworzył teczkę i wyjął kilka dokumentów. Poruszał się spokojnie, niemal bez emocji, jak człowiek, który wiedział, że każde zdanie może zmienić czyjeś życie.
— Pani matka przekazała pani udziały jeszcze przed ślubem. Zrobiła to przez fundusz rodzinny, żeby nie mogły zostać przejęte przez pani przyszłego męża. Zgodnie z jej instrukcjami dokumenty miały zostać ujawnione dopiero wtedy, gdy wystąpiłoby zagrożenie dla pani majątku albo bezpieczeństwa.
— Dlaczego nic mi nie powiedziała?
Nowak zawahał się.
— Bo znała rodzinę Montewiczów lepiej, niż pani sądzi.
Klara siedząca przy oknie zacisnęła dłonie.
— Twoja mama przez lata próbowała zabezpieczyć cię przed ludźmi, których uważała za niebezpiecznych. Ale nigdy nie chciała ci odbierać prawa do własnych decyzji.
Zofia odwróciła wzrok. Nagle przypomniała sobie dzieciństwo. Matkę, która zawsze powtarzała, żeby nigdy nie podpisywała dokumentów bez przeczytania ich dwa razy. Ojca, który po śmierci dziadka Aleksandra przez wiele miesięcy spotykał się z nim za zamkniętymi drzwiami. Wtedy uważała to za zwykłe interesy dorosłych.
Teraz wszystko wyglądało inaczej.
— Co dokładnie posiada moja rodzina? — zapytała.
Nowak przesunął pierwszy dokument w jej stronę.
— Czterdzieści osiem procent akcji Montewicz Holding.
Zofia wstrzymała oddech.
— Czterdzieści osiem?
— Pani matka posiadała dodatkowe sześć procent poprzez spółkę zależną. Po jej śmierci ten pakiet przeszedł na panią. Do tego dochodzą prawa głosu z części udziałów funduszu rodzinnego. W praktyce ma pani kontrolę nad ponad pięćdziesięcioma procentami głosów.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza.
— Aleksander o tym wie?
— Nie — odpowiedział Nowak. — Przynajmniej oficjalnie nie powinien wiedzieć.
Zofia spojrzała na niego ostro.
— Ale powiedział pan, że zobaczył przesyłkę.
— Tak. I właśnie dlatego musimy działać szybko.
Mecenas wyjął telefon i położył go na stole.
— Po pani wypadku ktoś próbował uzyskać dostęp do dokumentów funduszu. Dzisiaj rano odnotowano również próbę zmiany danych jednego z pełnomocników.
— Kto?
Nowak spojrzał jej prosto w oczy.
— Kancelaria reprezentująca Aleksandra Montewicza.
Zofia poczuła zimno przebiegające po plecach.
Jeszcze godzinę wcześniej myślała, że największym problemem jest rozwód. Teraz zaczynała rozumieć, że małżeństwo mogło być tylko jednym elementem znacznie większej układanki.
— Chcę zobaczyć wszystkie dokumenty — powiedziała.
— Nie dzisiaj. Jest pani po poważnej operacji.
— W takim razie proszę przynieść je jutro.
Klara uśmiechnęła się lekko.
— Właśnie taką Zofię pamiętam.
Nagle telefon na stoliku zawibrował. Tym razem nie był to nieznany numer. Wyświetliło się nazwisko Artura.
Zofia przez moment patrzyła na ekran.
— Nie odbieraj — powiedziała Klara.
— Muszę wiedzieć, czego chce.
Włączyła głośnik.
— Pani Zofio? — głos Artura był wyraźnie zdenerwowany. — Muszę panią ostrzec.
— Przed czym?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Pan Aleksander właśnie dowiedział się o pani udziale w spółce.
Zofia poczuła, jak serce przyspiesza.
— Skąd?
— Nie wiem. Ale jest wściekły. Powiedział, że jeśli dokumenty są prawdziwe, pani matka oszukała jego rodzinę.
— Artur, skąd Aleksander miałby wiedzieć o tych dokumentach?
Kolejna cisza.
Tym razem dłuższa.
— Bo… ktoś mu je pokazał.
— Kto?
Artur przełknął ślinę.
— Marianna.
Połączenie zostało przerwane.
Zofia spojrzała na Nowaka.
— Czy to możliwe?
Mecenas nie odpowiedział od razu. Otworzył teczkę jeszcze raz i wyjął kopię starego dokumentu.
— Jest coś jeszcze, czego nie powiedziałem pani wcześniej.
— Co?
— W dokumentach pani matki pojawia się nazwisko Marianny Leszczyńskiej.
Zofia poczuła, że ból pooperacyjny nagle przestał być najgorszą rzeczą, jaką czuła.
— W jakim kontekście?
Nowak położył przed nią pożółkłą kartkę.
Na dole widniał podpis jej matki.
A nad nim jedno zdanie:
**„Jeżeli Marianna wróci do życia Zofii, oznacza to, że plan Montewiczów rozpoczął się ponownie.”**
Zofia wpatrywała się w słowa, niezdolna ich pojąć.
— Co mama miała na myśli?
Mecenas Nowak zamknął teczkę.
— Tego właśnie musimy się dowiedzieć.
W tej samej chwili drzwi sali otworzyły się gwałtownie. W progu stała pielęgniarka, blada i wyraźnie zdenerwowana.
— Pani Zofio… przed chwilą przyjechał tu jakiś mężczyzna. Twierdzi, że jest pani mężem.
Zofia spojrzała na Klarę.
— Powiedziałam ochronie, żeby go nie wpuszczali — ciągnęła pielęgniarka. — Ale on pokazał dokument i twierdzi, że ma prawo zabrać panią ze szpitala.
Klara natychmiast wstała.
— Jak się nazywa?
Pielęgniarka zacisnęła usta.
— Aleksander Montewicz.
Zofia spojrzała na zamknięte drzwi.
Po raz pierwszy od chwili wypadku nie poczuła strachu.
Poczuła coś znacznie silniejszego.
Zrozumienie, że Aleksander nie przyjechał po żonę.
Przyjechał po swoje udziały.







No comments yet