Drzwi sali zamknęły się za pielęgniarką, a Zofia przez kilka sekund patrzyła na nie bez słowa. W głowie wciąż brzmiało jedno zdanie mecenasa Nowaka: „Przyjechał po swoje udziały”. Nagle wszystko, co wydarzyło się tego dnia, zaczęło układać się w jeden przerażający obraz. Aleksander nie pojawił się przy jej łóżku po operacji. Nie zapytał, czy żyje. Nie zainteresował się bólem ani rehabilitacją. Pojawił się dopiero wtedy, kiedy dowiedział się, że kobieta, którą przez trzy lata traktował jak przeszkodę, posiada coś, czego jego rodzina pragnęła od dawna.
— Nie wpuszczajcie go — powiedziała Zofia spokojnie.
Klara już szła w stronę drzwi.
— Nie musi nawet przekraczać progu.
Mecenas Nowak podniósł rękę.
— Proszę chwilę poczekać. Jeżeli rzeczywiście przyjechał z dokumentem, który ma rzekomo dawać mu prawo do reprezentowania pani, chcę go zobaczyć.
— A jeśli spróbuje mnie zabrać? — zapytała Zofia.
— Nie może tego zrobić bez pani zgody. Ale może próbować panią zastraszyć.
Zofia zacisnęła palce na prześcieradle. Przez chwilę wróciło wspomnienie szpitalnego korytarza w Warszawie. Aleksander nawet na nią nie spojrzał, kiedy lekarz powiedział, że jej stan jest poważniejszy. Wtedy była dla niego kimś, kto miał poczekać. Teraz, kiedy dowiedział się o akcjach, nagle była kimś, kogo trzeba odnaleźć.
Kilka minut później rozległo się pukanie.
Nieśmiałe.
Potem drzwi otworzyły się i do środka wszedł Aleksander.
Wyglądał inaczej niż pięć godzin wcześniej. Miał na sobie ciemny płaszcz, włosy były starannie uczesane, ale twarz zdradzała napięcie. W jednej ręce trzymał teczkę.
Spojrzał na Zofię.
— Nareszcie.
To jedno słowo wystarczyło, żeby poczuła dawny ciężar. Przez trzy lata Aleksander potrafił sprawić, że każda rozmowa zaczynała się od jej winy.
— Powinnaś była powiedzieć mi, że wyjeżdżasz.
Zofia uśmiechnęła się blado.
— Powinnam była powiedzieć mężowi, który zostawił mnie na stole operacyjnym, że jadę do innego miasta?
Aleksander zamilkł.
Klara stanęła obok łóżka.
— Proszę wyjść.
— To sprawa między mną a moją żoną.
— Nie jestem już pańską żoną — odpowiedziała Zofia. — Przynajmniej nie w swoim sercu.
Aleksander zacisnął szczękę.
— Nie przyjechałem się kłócić.
— Więc po co?
Przez chwilę patrzył na nią, a potem położył teczkę na stoliku.
— Dowiedziałem się o dokumentach twojej matki.
Zofia poczuła chłód.
— Tak szybko?
— Nie rób z tego przedstawienia. Jeżeli rzeczywiście posiadasz udziały w Montewicz Holding, musimy to wyjaśnić.
— „Musimy”?
— Jesteśmy małżeństwem.
— Byliśmy — poprawiła go.
Aleksander podszedł bliżej.
— Zofia, nie rozumiesz, co robisz. Te akcje są częścią majątku, który od pokoleń budowała moja rodzina.
Mecenas Nowak parsknął cicho.
— Niech pan uważa na słowa.
Aleksander spojrzał na niego.
— Kim pan jest?
— Człowiekiem, który będzie pilnował interesów pani Rybak.
Twarz Aleksandra stężała.
— Pani Rybak?
Zofia zauważyła, że właśnie wtedy po raz pierwszy stracił pewność siebie.
— Tak — powiedziała. — Zofia Rybak.
Aleksander podszedł do okna. Przez kilka sekund patrzył na parking, jakby próbował zebrać myśli.
— Twoja matka zrobiła to celowo.
— Co?
— Ukryła akcje przed moją rodziną.
— Moja matka nie miała obowiązku informować twojej rodziny o moim majątku.
— Nie rozumiesz, ile osób może przez to ucierpieć.
Zofia poczuła narastającą złość.
— Kiedy leżałam na noszach i krwawiłam, mówiłeś lekarzowi, że mogę poczekać. Ani razu nie zapytałeś, czy przeżyję. A teraz nagle martwisz się o ludzi, którzy mogą ucierpieć?
Aleksander odwrócił się.
— Marianna była w gorszym stanie.
— Lekarz powiedział coś zupełnie innego.
Zapadła cisza.
To był pierwszy moment, kiedy Aleksander nie miał gotowej odpowiedzi.
Mecenas Nowak otworzył swoją teczkę.
— Panie Montewicz, skoro już pan tu jest, może wyjaśni pan jeszcze jedną rzecz.
— Jaką?
Nowak wyjął kopię dokumentu.
— Dlaczego pańska kancelaria próbowała uzyskać dostęp do funduszu Rybaków kilka godzin po operacji pani Zofii?
Aleksander pobladł.
— Nie wiem, o czym pan mówi.
— A ja wiem — odezwała się Zofia. — I chcę wiedzieć, kto panu powiedział o moich udziałach.
Aleksander milczał.
— Marianna? — zapytała.
Jego oczy drgnęły.
To wystarczyło.
Zofia poczuła, że coś właśnie się potwierdziło.
— Ona wiedziała — wyszeptała.
— Nie masz pojęcia, co mówisz.
— Więc zaprzecz.
Aleksander otworzył usta, ale nie wypowiedział ani słowa.
Wtedy telefon w jego kieszeni zawibrował.
Wyjął go automatycznie. Spojrzał na ekran.
Zofia zobaczyła zmianę na jego twarzy.
— Kto dzwoni?
— Nikt.
— Aleksander.
Nie odpowiedział.
Mecenas Nowak wyciągnął rękę.
— Proszę pokazać telefon.
Aleksander natychmiast cofnął dłoń.
— To prywatna sprawa.
— W takim razie niech pan ją zachowa dla siebie.
Aleksander spojrzał na Zofię po raz ostatni.
— Jeszcze nie rozumiesz, w co zostałaś wciągnięta.
— A ty?
— Ja próbuję cię ochronić.
Zofia roześmiała się gorzko.
— Przed kim?
Aleksander zamilkł.
Potem powiedział cicho:
— Przed Marianną.
I wyszedł.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Zofia spojrzała na zamknięte drzwi.
— Co on właśnie powiedział?
Nowak nie odpowiedział. Podszedł do stolika i wziął do ręki dokument zostawiony przez Aleksandra.
— Pani Zofio…
— Co?
Mecenas odwrócił kartkę.
Na dole widniał podpis Marianny Leszczyńskiej.
— To nie jest dokument dotyczący Montewicz Holding.
Zofia zmarszczyła brwi.
— Więc czego?
Nowak spojrzał jej prosto w oczy.
— To pełnomocnictwo, które pani Marianna próbowała uzyskać do pani majątku… jeszcze zanim doszło do wypadku.
Zofia poczuła, jak serce zaczyna jej walić.
Wypadek.
Nagle słowo to przestało brzmieć jak nieszczęśliwy przypadek.







No comments yet