— Jakiej procedury? — powtórzył Maksymilian, tym razem wolniej.
Po drugiej stronie słuchawki Roth wypuścił powietrze, jak człowiek, który przez lata przygotowywał się na tę rozmowę, a mimo to nadal nie wiedział, od czego zacząć.
— Nie przez telefon.
— Moja córka leży kilka metrów ode mnie i ktoś właśnie wymazał ją ze szpitalnego systemu, używając nazwiska mojej martwej matki. Nie masz już prawa mówić mi, gdzie możemy rozmawiać.
Eleonora odwróciła się w jego stronę.
To słowo uderzyło ją mocniej niż wszystko inne.
„Moja córka”.
Nie poprawiła go. Nie zaprotestowała. Tylko ścisnęła dłonie tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Roth odezwał się ciszej.
— W takim razie sprawdź numer siedemnaście.
— Co?
— Archiwum fundacji. Sejf siedemnaście. Jeśli nadal istnieje.
Połączenie zostało przerwane.
Maksymilian natychmiast zadzwonił ponownie.
Telefon Rotha był już wyłączony.
— Kim on jest? — zapytała Eleonora.
Maksymilian przez chwilę patrzył na czarny ekran telefonu.
— Był prawnikiem mojej matki. Nie takim od konferencji prasowych i testamentów. Roth zajmował się rzeczami, o których rodzina nie chciała wiedzieć.
— Ty też nie chciałeś?
Pytanie było ciche, ale trafiło celnie.
Maksymilian uniósł wzrok.
— Chyba przede wszystkim ja.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Z końca korytarza wyszła lekarka w granatowym fartuchu. Miała około pięćdziesięciu lat, spięte włosy i twarz kogoś, kto nie lubił tracić czasu.
— Rodzice Zofii Majewskiej?
Eleonora ruszyła pierwsza.
— Ja jestem matką.
Lekarka spojrzała na Maksymiliana.
— Ojciec?
Zapadła sekunda niezręcznej ciszy.
— Tak — odpowiedział.
Eleonora odwróciła głowę w jego stronę, ale nic nie powiedziała.
— Doktor Anna Łuczak — przedstawiła się kobieta. — Stan córki jest stabilny, ale nie podoba mi się nawracający ból w klatce piersiowej i częstotliwość infekcji. Antybiotyk był potrzebny, jednak chcę zrobić szerszą diagnostykę.
— Proszę robić wszystko — powiedział Maksymilian.
Lekarka lekko zmarszczyła brwi.
— To nie jest kwestia pieniędzy.
Eleonora prawie gorzko się uśmiechnęła.
— W przypadku Zosi od miesięcy wszystko jest kwestią pieniędzy.
Doktor Łuczak spojrzała na nią uważniej.
— Właśnie dlatego chciałam z państwem porozmawiać. W jej dokumentacji widzę coś dziwnego.
Maksymilian poczuł, jak jego ciało natychmiast się napina.
— Co dokładnie?
Lekarka otworzyła tablet.
— Zosia miała dziewięć miesięcy, kiedy wykonano u niej panel badań immunologicznych. Wyniki wskazywały na potrzebę dalszej obserwacji. Potem dokumentacja nagle się urywa.
Eleonora pobladła.
— Nigdy nie robiono jej takich badań.
— Jest pani pewna?
— Oczywiście, że jestem pewna. Byłam z nią na każdej wizycie.
Doktor Łuczak przesunęła palcem po ekranie.
— W takim razie ktoś wpisał wyniki pod jej numerem PESEL.
Maksymilian podszedł bliżej.
— Nazwisko lekarza?
Lekarka zawahała się.
— Profesor Henryk Żmuda.
Maksymilian przestał oddychać.
Eleonora od razu to zauważyła.
— Znasz go.
Nie było sensu kłamać.
— Był lekarzem mojej rodziny.
— Tym samym, który podpisał opinię, że jestem niestabilna?
Maksymilian spojrzał na nią.
— Tak.
W oczach Eleonory coś się zmieniło.
Dotąd był tam gniew wymieszany ze strachem. Teraz pojawiło się coś bardziej niebezpiecznego.
Zrozumienie.
— Więc to nie skończyło się, kiedy twoja matka umarła.
Maksymilian nie odpowiedział.
Bo pierwszy raz naprawdę dopuścił do siebie myśl, która wcześniej wydawała się absurdalna.
Być może jego matka nie była jedyną osobą stojącą za tym wszystkim.
Drzwi sali otworzyły się i pielęgniarka wyprowadziła Zosię na niewielkim łóżku transportowym. Dziewczynka była blada, ale przytomna.
— Mamusiu.
Eleonora natychmiast podeszła do niej i złapała ją za rękę.
Maksymilian został pół kroku dalej.
Nie wiedział, czy ma prawo podejść.
Zosia zauważyła go jednak i wyciągnęła w jego stronę drugą dłoń.
— Pan też może.
Te trzy słowa prawie go złamały.
Podszedł i ostrożnie objął jej małe palce.
— Dokąd mnie wiozą? — zapytała.
— Na badania, kochanie — odpowiedziała Eleonora.
— Będzie bolało?
— Trochę.
Zosia westchnęła z powagą dorosłego człowieka.
— To dobrze.
Eleonora zmarszczyła brwi.
— Dlaczego dobrze?
— Bo jak boli, to znaczy, że lekarze coś naprawiają.
Maksymilian odwrócił twarz.
Przez trzy lata podpisywał umowy warte setki milionów, negocjował przejęcia spółek i zwalniał ludzi bez drżenia ręki.
A teraz kilka słów dziecka, o którego istnieniu nie wiedział, wystarczyło, żeby nie był w stanie spojrzeć Eleonorze w oczy.
Kiedy Zosia zniknęła za drzwiami diagnostyki, Maksymilian wyjął telefon.
— Co robisz? — zapytała Eleonora.
— Otwieram archiwum fundacji.
— Teraz?
— Teraz.
Wprowadził kod administratora.
System odrzucił dostęp.
Spróbował ponownie.
To samo.
Na jego ekranie pojawił się komunikat:
DOSTĘP WŁAŚCICIELSKI COFNIĘTY.
Maksymilian zmarszczył brwi.
— To niemożliwe.
— Co?
— Fundacja należy do rodzinnego holdingu. Mam najwyższy poziom dostępu.
Telefon zawibrował.
Przyszła wiadomość z nieznanego numeru.
Nie jedź do archiwum sam. Twoja matka zostawiła tam coś, czego nigdy nie miałeś zobaczyć.
Maksymilian pokazał ekran Eleonorze.
Jej twarz stężała.
— Roth?
— Nie wiem.
Po sekundzie przyszła druga wiadomość.
Tym razem zawierała zdjęcie.
Stare. Zrobione prawdopodobnie telefonem wiele lat wcześniej.
Małgorzata Krawczyk stała przed kliniką, której Maksymilian nie rozpoznawał. Obok niej był profesor Żmuda.
A pomiędzy nimi znajdowała się młoda ciężarna kobieta.
Maksymilian przybliżył fotografię.
Eleonora nagle złapała go za nadgarstek.
— Znam ją.
— Skąd?
Jej głos zadrżał.
— Była ze mną w poczekalni u ginekologa, kiedy byłam w ciąży z Zosią.
Na odwrocie zdjęcia widoczna była ręcznie zapisana data.
Pięć dni przed tym, jak Eleonora po raz pierwszy próbowała poinformować Maksymiliana o ciąży.
Pod spodem ktoś dopisał tylko jedno zdanie.
„Jeśli Majewska urodzi dziewczynkę, uruchomić wariant drugi.”







No comments yet