Rozrywka

Moja Córka Wróciła Zakrwawiona W Noc Poślubną — Teściowa Pobiła Ją Za Odmowę Przepisania Mieszkania, Ale Nie Wiedziała, Kim Jest Jej Ojciec

Aleksander wpatrywał się w wygaszony ekran komputera, jakby przez kilka sekund naprawdę rozważał, czy nadal może ukrywać przed nami prawdę. Zofia siedziała nieruchomo, ale jej palce zaciskały się na kocu coraz mocniej. Widziałam w jej oczach zmianę. Jeszcze kilka godzin temu była przerażoną panną młodą, która błagała mnie, żebym nikogo nie zawiadamiała. Teraz strach zaczynał ustępować miejsca gniewowi.

— Odpowiedz mi — powiedziała. — Co zapisałeś na mnie siedemnaście lat temu?

Aleksander powoli odsunął krzesło.

— Udziały.

— W czym?

— W spółce, która wtedy nazywała się Vistula Holding.

Znałam tę nazwę. Aleksander założył firmę jeszcze przed naszym rozwodem. Zajmowała się nieruchomościami komercyjnymi, ale później sprzedał większość biznesu zagranicznemu funduszowi. Przynajmniej tak mi powiedział.

— Ile udziałów? — zapytałam.

— Dwanaście procent.

Zofia parsknęła nerwowym śmiechem.

— Dwanaście procent jakiejś starej spółki i dlatego ktoś prawie mnie zabił?

Aleksander spojrzał jej prosto w oczy.

— Ta spółka nie jest już mała. Po kilku fuzjach jej aktywa są warte miliardy.

Zapadła cisza.

— Ile są warte moje udziały? — wyszeptała.

— Nie wiem dokładnie. Prawdopodobnie ponad sto milionów złotych.

Zofia pobladła.

Poczułam, jak gniew zalewa mnie od środka.

— Przez siedemnaście lat nie powiedziałeś własnej córce, że ma majątek wart fortunę?

— Miała otrzymać pełną kontrolę po dwudziestych piątych urodzinach.

Zofia spojrzała na niego gwałtownie.

— Mam dwadzieścia pięć lat za trzy tygodnie.

I wtedy wszystko zaczęło układać się w przerażającą całość. Ślub odbył się właśnie teraz. Presja na przepisanie mieszkania pojawiła się kilka miesięcy wcześniej. Jakub poznał Zofię niespełna rok przed jej dwudziestymi piątymi urodzinami.

— To nie mieszkanie było celem — powiedziałam.

Aleksander pokręcił głową.

— Mieszkanie mogło być testem. Jeśli zmusiliby ją do podpisania jednego dokumentu, później mogliby próbować następnych.

Zofia nagle wstała.

— Czy Jakub wiedział?

— Nie mam dowodu.

— Ale podejrzewasz, że wiedział.

Aleksander nie odpowiedział.

Zofia odwróciła się, a po jej policzkach popłynęły łzy.

— On oświadczył mi się dokładnie sześć miesięcy przed moimi urodzinami.

Przypomniałam sobie pierścionek, kolację, jej telefon pełen szczęścia. Wszystko, co uważałam za początek miłości mojej córki, mogło być elementem planu.

Nagle drzwi gabinetu otworzyły się. Marek wszedł bez pukania. Był mężczyzną po pięćdziesiątce, którego pamiętałam mgliście z dawnych czasów. Położył przed Aleksandrem cienką teczkę.

— Mamy problem.

— Jaki?

— Ktoś próbował wejść do mieszkania Zofii na Powiślu czterdzieści minut temu.

Zofia zesztywniała.

— Kto?

— Dwóch mężczyzn. Mieli klucze.

— Jakub ma komplet — wyszeptała.

Marek pokręcił głową.

— To nie był Jakub. Ochrona ich zatrzymała, ale pokazali dokument, według którego reprezentują właściciela lokalu.

Aleksander otworzył teczkę.

— Jakiego właściciela?

Marek przesunął w jego stronę wydruk.

— Baltic Development.

Serce podeszło mi do gardła.

— Przecież Zofia niczego nie podpisała.

— Właśnie dlatego to jest interesujące.

Aleksander przeczytał dokument, a potem drugi. Jego twarz stawała się coraz bardziej kamienna.

— Podpis został podrobiony.

— Nie tylko podpis — powiedział Marek. — Jest akt notarialny.

Zofia zrobiła krok do przodu.

— Co?

— Według tego dokumentu wczoraj o siedemnastej trzydzieści osiem stawiłaś się u notariusza w Warszawie i przekazałaś mieszkanie spółce Baltic Development.

— O siedemnastej trzydzieści osiem byłam w kościele! — krzyknęła. — Brałam ślub!

Marek skinął głową.

— Wiem. I właśnie dlatego mamy bardzo dobry dowód, że dokument został sfabrykowany.

Aleksander zamknął teczkę.

— Nazwisko notariusza?

— Paweł Milewski.

Na dźwięk tego nazwiska Zofia nagle spojrzała na mnie.

— Mamo… on był na weselu.

Pamiętałam go. Elegancki mężczyzna siedzący przy stole Rogalskich. Karolina przedstawiła go jako „starego przyjaciela rodziny”.

Aleksander wyjął telefon.

— Marek, zabezpiecz księgę wieczystą. Natychmiast składamy wniosek o blokadę jakichkolwiek dalszych zmian.

Marek jednak nie ruszył się.

— Jest coś jeszcze.

Wyjął trzeci dokument.

— Sprawdziłem Jakuba.

Zofia przestała oddychać.

— Co z nim?

— Jego kancelaria praktycznie nie istnieje. Ma ogromne długi, dwa postępowania egzekucyjne i kredyty na ponad trzy miliony.

Zofia zamknęła oczy.

— Mówił, że prowadzi sprawy dla zagranicznych klientów.

— Nie znalazłem żadnych takich klientów.

Aleksander spojrzał na Marka.

— Kto spłaca jego zobowiązania?

— Od ośmiu miesięcy regularne przelewy przychodzą z jednej spółki.

Nie musiał kończyć.

— Baltic Development — powiedziałam.

Marek skinął głową.

Zofia usiadła, jakby nagle zabrakło jej sił. Chciałam ją objąć, ale wtedy zadzwonił telefon Marka. Odebrał, wysłuchał kilku zdań i spojrzał na Aleksandra.

— Mamy Jakuba.

Zofia poderwała głowę.

— Gdzie?

— Nie uciekł. Jest nadal w hotelu.

— To jedziemy — powiedziała.

— Nie — odpowiedzieliśmy z Aleksandrem jednocześnie.

Zofia spojrzała na nas z czymś, czego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.

— Całe życie podejmowaliście decyzje za mnie. Jakub też podejmował decyzje za mnie. Karolina chciała decydować, co mam podpisać. Koniec.

Wstała mimo bólu.

— Chcę spojrzeć mu w oczy i zapytać, czy kiedykolwiek mnie kochał.

Aleksander chciał zaprotestować, lecz Marek uniósł rękę.

— Jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy z nim porozmawiać.

Położył telefon na stole. Na ekranie widniało zdjęcie z monitoringu hotelowego wykonane zaledwie dziesięć minut wcześniej.

Jakub stał przy recepcji.

Obok niego znajdowała się Karolina.

A pomiędzy nimi stał ten sam tajemniczy mężczyzna w uniformie hotelowym, który prawdopodobnie uwolnił Zofię.

Tyle że teraz nie miał uniformu.

Miał garnitur.

Aleksander przybliżył jego twarz i nagle zacisnął szczękę.

— Znasz go? — zapytałam.

— Tak.

— Kto to?

Aleksander spojrzał na Zofię.

— Człowiek, którego moja matka kazała mi pochować osiemnaście lat temu.

Nikt się nie odezwał.

Aleksander przesunął zdjęcie w moją stronę.

— Tylko że, jak widać, nigdy nie umarł.

No comments yet