Aleksander nie poruszył się, lecz zobaczyłam, jak odpływa mu krew z twarzy. Jakub patrzył na niego ostrożnie, jak człowiek, który właśnie rzucił zapałkę na podłogę zalaną benzyną. Zofia stała między nimi z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jeszcze kilka godzin wcześniej każde kolejne odkrycie ją łamało. Teraz zdawało się ją utwardzać.
— Dlaczego nazwisko mojego ojca było na tej liście?
— Nie wiem — odpowiedział Jakub. — Przy każdym nazwisku znajdował się kod i procent. Przy Aleksandrze było „A-01” i trzydzieści dwa procent.
Spojrzałam na byłego męża.
— Mówi ci to coś?
— Nie.
— Znowu mamy ci uwierzyć?
Aleksander odwrócił się do mnie.
— Elżbieta, gdybym kontrolował majątek wart osiemset milionów, naprawdę sądzisz, że dowiadywałbym się o nim teraz od człowieka, który sprzedał własne małżeństwo za spłatę długów?
Jakub spuścił wzrok.
Zofia nie zareagowała na obelgę.
— Chcę zobaczyć dokumenty.
— Są u mojej matki.
— Gdzie?
Jakub zawahał się.
— Ma gabinet w domu w Wilanowie. W sejfie.
Aleksander natychmiast pokręcił głową.
— Nikt tam nie jedzie.
— Nie zamierzam siedzieć i czekać — powiedziała Zofia.
— A ja nie zamierzam pozwolić, żebyś kilka godzin po pobiciu weszła do domu ludzi, którzy ci to zrobili.
— Nie musimy tam wchodzić — odezwał się Marek. — Możemy sprawdzić inne źródła.
Wyjął laptop. Po kilkunastu minutach znalazł pierwszą rzecz. Fundusz Aurelia rzeczywiście istniał, lecz nie w Polsce. Został utworzony siedemnaście lat wcześniej w Liechtensteinie przez kancelarię zarządzającą prywatnymi strukturami majątkowymi. Większość danych była niedostępna publicznie.
— Data utworzenia — powiedział Marek. — Czternasty maja.
Aleksander zmarszczył brwi.
— To niemożliwe.
— Co? — zapytałam.
Spojrzał na Zofię.
— Czternastego maja siedemnaście lat temu przepisałem na ciebie udziały Vistuli.
Ta sama data.
Zofia usiadła.
— Czyli ktoś stworzył fundusz dokładnie tego samego dnia?
Marek skinął głową.
— I prawdopodobnie wykorzystał te same aktywa albo dokumenty powiązane z transferem.
Aleksander zaczął chodzić po pokoju.
— Przy podpisywaniu darowizny byli mój prawnik, notariusz i Helena.
— Nazwisko prawnika? — spytał Marek.
— Roman Dębski.
Jakub gwałtownie podniósł głowę.
— On był na liście.
Cisza zgęstniała.
Marek natychmiast zaczął szukać. Po chwili znalazł adres kancelarii Romana Dębskiego, ale następna informacja była znacznie gorsza.
— Dębski zmarł trzy lata temu.
Aleksander zaklął pod nosem.
— Rodzina?
— Żona nie żyje. Jedna córka, Natalia Dębska. Jest notariuszem.
Zofia spojrzała na ekran.
— Gdzie?
Marek zamilkł.
— Warszawa.
— Nazwisko kancelarii?
— Dębska i Milewski.
Wszyscy spojrzeliśmy na siebie.
Paweł Milewski. Notariusz, który według sfałszowanego aktu miał dzień wcześniej przyjąć od Zofii darowiznę mieszkania.
Aleksander chwycił marynarkę.
— Jedziemy.
Kancelaria znajdowała się przy jednej z bocznych ulic Śródmieścia. Dotarliśmy tam przed ósmą, zanim rozpoczęła normalną pracę. Rolety były opuszczone, ale w środku paliło się światło. Marek zadzwonił do Natalii Dębskiej. Nie odebrała. Za drugim razem połączenie zostało odrzucone.
Nagle drzwi kancelarii otworzyły się.
Wyszła kobieta około czterdziestki z dużą torbą przewieszoną przez ramię. Gdy zobaczyła Aleksandra, stanęła jak wryta.
— Pan Lewandowski?
— Natalia Dębska?
Rozejrzała się nerwowo.
— Nie powinniście tutaj być.
— Pani wspólnik sfałszował akt dotyczący mieszkania mojej córki.
Natalia zamknęła oczy.
— Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie.
Zofia zrobiła krok naprzód.
— Wiedziała pani?
Natalia spojrzała na siniaki na jej twarzy i wyraźnie się przeraziła.
— Boże… oni naprawdę to zrobili.
Aleksander stanął przed nią.
— Co pani wie o Aurelii?
Kobieta zbladła.
— Nie tutaj.
Wpuściła nas do kancelarii i zamknęła drzwi na dwa zamki. Potem wyjęła z torby niewielką metalową kasetkę.
— Mój ojciec zostawił instrukcję, że jeśli kiedykolwiek pojawi się pan albo Zofia, mam przekazać wam to bez zadawania pytań.
W środku znajdował się pendrive, klucz depozytowy oraz zalakowany list.
Aleksander rozerwał kopertę.
Czytał w milczeniu, aż jego dłonie zaczęły drżeć.
— Co tam jest? — zapytałam.
Podał mi list.
Roman Dębski pisał, że siedemnaście lat wcześniej Helena przekonała Aleksandra do podpisania pakietu dokumentów dotyczących „ochrony majątku Zofii”. Jeden z nich został później podmieniony. W efekcie część udziałów Vistuli trafiła do funduszu Aurelia, którego beneficjentką pozostawała Zofia, ale zarządzanie powierzono grupie pełnomocników do dnia jej dwudziestych piątych urodzin.
— Czyli przez siedemnaście lat korzystali z jej majątku — powiedziałam.
Natalia pokiwała głową.
— I inwestowali go. Dlatego fundusz urósł.
— A po jej urodzinach? — zapytała Zofia.
Natalia wskazała ostatni akapit.
Warunek był prosty. W dniu dwudziestych piątych urodzin wszystkie pełnomocnictwa wygasały. Zofia otrzymywała pełną kontrolę oraz dostęp do kompletnej historii transakcji.
Zrozumiałam.
— Dlatego chcą ją kontrolować przed urodzinami.
— Nie tylko dlatego — powiedziała Natalia.
Otworzyła pendrive. Znajdowały się na nim setki dokumentów. Jeden folder nosił nazwę „Rogalska”. W środku znaleźliśmy umowy, przelewy i skany pełnomocnictw.
Nagle Zofia wskazała ekran.
— To mój podpis.
Dokument pochodził sprzed sześciu miesięcy.
Według niego Zofia upoważniła Jakuba Rogalskiego do reprezentowania jej w sprawach dotyczących funduszu Aurelia.
— Nigdy tego nie podpisałam.
Jakub, stojący z tyłu pokoju, pobladł.
— Ja też tego nie widziałem.
Marek przewinął dokument niżej.
Pełnomocnictwo miało zostać aktywowane dopiero po zawarciu małżeństwa.
Czyli od poprzedniego wieczoru.
Aleksander spojrzał na zegarek.
— Jeśli dokument został już użyty…
Natalia natychmiast zalogowała się do systemu kancelarii. Po kilku sekundach zakryła usta dłonią.
— Za późno.
— Co zrobili? — zapytała Zofia.
Natalia obróciła ekran.
O godzinie 6:17 rano, kiedy siedzieliśmy jeszcze w hotelu, złożono wniosek o zmianę administratora funduszu.
Wnioskodawcą był Jakub Rogalski.
— To niemożliwe — powiedział Jakub. — Byłem z wami.
— Wniosek złożono elektronicznie — odpowiedziała Natalia.
Aleksander przeczytał kolejną linijkę i zamarł.
— Został zatwierdzony.
— Przez kogo? — spytałam.
Natalia powiększyła podpis elektroniczny osoby autoryzującej operację.
Na ekranie pojawiło się nazwisko.
ALEKSANDER LEWANDOWSKI.
Zofia powoli odwróciła się do ojca.
Aleksander patrzył na własne nazwisko tak, jakby właśnie zobaczył podpis człowieka, który próbował pogrzebać go żywcem.
— Ktoś nie tylko chce ukraść majątek Zofii — powiedział cicho. — Ktoś od lat przygotowuje wszystko tak, żeby wyglądało, jakbym to ja go ukradł.







No comments yet