Telefon niemal wypadł mi z ręki. Aleksander zrobił krok w moją stronę, lecz odsunęłam się instynktownie. Jedno zdanie wystarczyło, żeby wszystko, co wydarzyło się od trzeciej nad ranem, nagle nabrało jeszcze bardziej niepokojącego znaczenia.
— Co powiedział? — zapytała Zofia.
Spojrzałam na córkę.
— Żebym nie ufała Aleksandrowi.
Zofia przeniosła wzrok na ojca.
— I jesteś pewna, że to był dziadek?
Chciałam odpowiedzieć natychmiast, ale nie potrafiłam. Głos był starszy, bardziej chropowaty, jednak sposób, w jaki wypowiedział moje imię… Ojciec zawsze akcentował drugą sylabę w charakterystyczny sposób.
— Jestem prawie pewna.
Aleksander wyciągnął rękę.
— Pokaż numer.
— Zastrzeżony.
Marek już uruchamiał telefon.
— Spróbuję ustalić źródło połączenia.
Aleksander odwrócił się do Natalii.
— Czy ktoś może podszyć się pod Stanisława w systemie funduszu?
— Jeśli ma jego klucz nadrzędny.
— Kto go posiadał?
— Tego nie ma w dokumentach.
Zofia nagle podniosła dyktafon.
— Nagranie się nie skończyło.
Rzeczywiście. Po słowach o zabezpieczeniu była długa cisza, którą uznaliśmy za koniec. Przewinęła taśmę. Po kilkunastu sekundach ponownie usłyszeliśmy głos ojca.
„Jeśli procedura zostanie anulowana moim nazwiskiem, oznacza to, że Adrian nadal posiada drugi klucz.”
Aleksander gwałtownie podniósł głowę.
„Nie szukajcie mnie. Szukajcie Adriana. Tylko on zna całą prawdę o Aurelii.”
Nagranie się skończyło.
— Czyli telefon nie musiał być od dziadka — powiedziała Zofia. — Adrian mógł mieć dostęp.
Marek spojrzał na mnie.
— I mógł znać głos pani ojca.
Aleksander milczał. Zauważyłam jednak coś dziwnego.
— Dlaczego nie jesteś zaskoczony?
— Jestem.
— Nie. Kiedy usłyszałeś, że mój ojciec może żyć, wyglądałeś na przerażonego. Teraz wyglądasz, jakbyś próbował coś policzyć.
Zofia stanęła obok mnie.
— Tato, koniec z półprawdami.
Aleksander przez chwilę walczył sam ze sobą.
— Widziałem Stanisława po jego pogrzebie.
Poczułam, jak serce uderza mi o żebra.
— Co powiedziałeś?
— Trzy tygodnie po pogrzebie jechałem nocą do Krakowa. Na stacji benzynowej zobaczyłem człowieka identycznego jak twój ojciec. Ruszyłem za nim, ale zniknął.
— I nigdy mi nie powiedziałeś?!
— Helena przekonała mnie, że jestem przemęczony. Wtedy jej uwierzyłem.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Marek otrzymał wiadomość.
— Mam przybliżoną lokalizację połączenia. Praga-Północ.
— Dokładniej?
— Okolice starego magazynu przy ulicy Jagiellońskiej.
Jakub, który dotąd siedział cicho, nagle podniósł głowę.
— Znam to miejsce.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego.
— Karolina spotykała się tam z Adrianem. Raz ją śledziłem.
Aleksander podszedł do niego.
— Kiedy?
— Dwa miesiące temu. Pokłócili się. Adrian powiedział, że jeśli skrzywdzą Zofię, „otworzy archiwum”.
— Jakie archiwum?
— Nie wiem.
Zofia wstała.
— Jedziemy.
Tym razem nawet Aleksander nie próbował jej zatrzymać.
Magazyn wyglądał na opuszczony. Marek wszedł pierwszy z dwoma ludźmi, których wezwał po drodze. Drzwi boczne były otwarte. W środku pachniało kurzem i wilgocią. Na końcu hali znajdowało się niewielkie biuro.
Światło było zapalone.
Na stole leżał telefon.
Mój telefon zadzwonił dokładnie w chwili, gdy do niego podeszłam.
Ten sam zastrzeżony numer.
Odebrałam.
— Gdzie jesteś?
Tym razem odpowiedział Adrian.
— Jeśli Aleksander jest z tobą, nie mów nic.
Odwróciłam się. Aleksander stał kilka metrów dalej.
— Dlaczego?
— Bo siedemnaście lat temu nie przekazał Zofii dwunastu procent Vistuli.
— Co?
— Przekazał trzydzieści dwa.
Przypomniałam sobie kod przy nazwisku Aleksandra na liście Jakuba. Trzydzieści dwa procent.
— To niemożliwe.
— Sprawdź dokumenty.
— Gdzie jesteś?
— Blisko.
Połączenie się urwało.
W tej samej chwili Marek zawołał nas z sąsiedniego pomieszczenia. Znaleźliśmy tam metalowe szafy wypełnione segregatorami. Na jednej widniała etykieta „VISTULA 2009”.
Aleksander wyjął pierwszy segregator.
W środku znajdował się oryginalny akt darowizny.
Trzydzieści dwa procent.
Zofia spojrzała na ojca.
— Powiedziałeś dwanaście.
Aleksander był równie zszokowany.
— Dokument, który podpisywałem, mówił dwanaście.
Marek przejrzał kolejne strony.
— Ktoś podmienił jedną cyfrę przed rejestracją.
Zofia zaśmiała się bez radości.
— Znowu ktoś.
— Zosiu…
— Przestań.
Cofnęła się.
— Nie wiem już, kto mówi prawdę.
Wtedy usłyszeliśmy kroki.
Adrian stał w drzwiach.
Nie próbował uciekać. Wyglądał na zmęczonego, znacznie starszego niż na hotelowym monitoringu.
Aleksander ruszył ku niemu.
— Ty sukinsynu. Osiemnaście lat…
— Stój — powiedział Adrian.
W dłoni trzymał kopertę.
— Jeśli chcesz wiedzieć, kto naprawdę stworzył Aurelię, pozwól mi mówić.
Spojrzał na mnie.
— Telefon nie był ode mnie.
Zrobiło mi się zimno.
— Więc kto dzwonił?
— Stanisław.
Aleksander zacisnął pięści.
— Stanisław nie żyje.
Adrian pokręcił głową.
— Człowiek pochowany pod jego nazwiskiem nie był Stanisławem.
Świat jakby zatrzymał się na sekundę.
— Gdzie jest mój ojciec? — wyszeptałam.
Adrian położył kopertę na stole.
— Żyje. Ale jeśli chcecie go zobaczyć, najpierw musicie zrozumieć, dlaczego przez osiemnaście lat pozwalał własnej córce wierzyć, że umarł.
Zofia otworzyła kopertę.
Wypadło z niej aktualne zdjęcie. Mój ojciec siedział na ławce przed niewielkim domem. Był stary, siwy, znacznie chudszy.
Ale żył.
Na odwrocie zapisano datę sprzed dwóch dni.
Pod fotografią znajdowała się druga rzecz: kopia aktu małżeństwa.
Przeczytałam nazwiska i poczułam, jak dłonie zaczynają mi drżeć.
STANISŁAW MAJ.
HELENA LEWANDOWSKA.
Data ślubu przypadała na sześć miesięcy przed moim ślubem z Aleksandrem.
Spojrzałam na Adriana.
— Mój ojciec był mężem Heleny?
— Formalnie nadal jest — odpowiedział.
Aleksander pobladł.
Adrian jednak nie skończył.
— I dlatego Helena nie próbuje przejąć Aurelii tylko dla pieniędzy. Jeśli prawda o tym małżeństwie wyjdzie na jaw, razem z nią wyjdzie na jaw, kto naprawdę jest właścicielem majątku, na którym przez trzydzieści lat zbudowała swoją pozycję.
Zofia ścisnęła fotografię pradziadka.
— Kto?
Adrian spojrzał prosto na mnie.
— Twoja matka.







No comments yet