Słowa Majewskiego zawisły w ciemności.
„To nie Elżbieta wydała rozkaz zrobienia z ciebie zdrajcy.”
Spojrzałam na ojca.
Jeszcze kilka sekund wcześniej był opanowany. Teraz jego twarz zmieniła się w sposób, którego nie potrafił ukryć.
„Nie słuchaj go” — powiedział.
„Dlaczego?”
„Bo chce nas podzielić.”
Z głośnika dobiegł spokojny głos generała.
„W takim razie zapytaj ojca, kto podpisał dokument zatytułowany Operacja Latarnia.”
Ryszard zamarł.
Poczułam ucisk w żołądku.
„Co to jest Latarnia?”
Ojciec nie odpowiedział.
„Tato.”
Milczał.
Odbezpieczyłam broń.
Nie kierowałam jej przeciwko niemu, ale dźwięk mechanizmu wystarczył, żeby zrozumiał, że skończyły się półprawdy.
„Mów.”
Ryszard powoli wypuścił powietrze.
„Latarnia była operacją kontrwywiadowczą.”
„Była?”
„Zaczęła się dwadzieścia dwa lata temu.”
Majewski odezwał się zza drzwi.
„Powiedz jej resztę.”
„Zamknij się, Wiktor.”
„Niech sama zdecyduje, komu wierzyć.”
Podeszłam do terminala.
„Generale, jeśli naprawdę przyszedł pan rozmawiać, proszę wejść sam. Bez broni.”
Ojciec chwycił mnie za ramię.
„Nie.”
„Przez ostatnią godzinę wszyscy mówią mi, komu mam ufać. Od teraz sama będę o tym decydować.”
Agentka ABW skinęła głową.
„Mogę zabezpieczyć wejście.”
Ryszard patrzył na mnie przez kilka sekund, po czym odsunął się.
Ukryte drzwi otworzyły się.
Majewski stał po drugiej stronie z rękami uniesionymi na wysokości barków.
Za nim nie widziałam nikogo.
Położył pistolet na podłodze i kopnął go w naszym kierunku.
„Teraz możemy porozmawiać.”
Agentka przeszukała go dokładnie.
Nie miał drugiej broni.
„Skąd wiedział pan o tym miejscu?” — zapytałam.
Generał spojrzał na ojca.
„Ryszard sam mi je pokazał siedemnaście lat temu.”
Odwróciłam się.
Ojciec zacisnął szczękę.
„Byliśmy wtedy po tej samej stronie.”
„Byliśmy?” — powtórzyłam.
Majewski podszedł do czerwonej teczki.
„Beata, twoja matka rzeczywiście była częścią siatki. Na początku jednak nie kierowała nią. Została zwerbowana znacznie później.”
„Przez kogo?”
Generał wskazał na teczkę.
„Najpierw przeczytaj ostatnią stronę.”
Otworzyłam dokumentację.
Na końcu znajdował się arkusz, którego wcześniej nie zauważyłam.
OPERACJA LATARNIA.
CEL: IDENTYFIKACJA WEWNĘTRZNEJ SIATKI POPRZEZ KONTROLOWANE STWORZENIE PROFILU PRZYSZŁEGO DOSTĘPU.
Niżej widniało moje nazwisko.
Beata Sikorska.
A pod nim podpis.
Ryszard Sikorski.
Przez chwilę nie rozumiałam tego, co widzę.
„Ty...”
Ojciec zrobił krok w moją stronę.
„Beata, musisz zrozumieć kontekst.”
„Podpisałeś to?”
„Tak.”
Jedno słowo.
Wystarczyło.
„To ty pozwoliłeś, żeby kierowali moją karierą?”
„Początkowo mieliśmy kontrolować proces.”
„Mną?”
„Nie tobą. Ludźmi wokół ciebie.”
Zaśmiałam się krótko, bez cienia humoru.
„Moje nazwisko jest wpisane jako cel.”
Ryszard pokręcił głową.
„Latarnia miała być przynętą. Wtedy byłaś jeszcze młoda. Wiedziałem, że jeśli w przyszłości wybierzesz wojsko, twoje nazwisko może zainteresować ludzi z siatki.”
„Jeśli wybiorę?”
„Nie wiedziałem, że rzeczywiście to zrobisz.”
„A jednak dokument powstał.”
Majewski odezwał się cicho.
„Problem polegał na tym, że operacja nigdy nie została zakończona.”
Ojciec spojrzał na niego z nienawiścią.
„Bo ktoś ją przejął.”
„Właśnie.”
Popatrzyłam na obu.
„Kto?”
Majewski przesunął palcem po jednym z podpisów znajdujących się pod dokumentem.
Były trzy.
Ryszard Sikorski.
Wiktor Majewski.
I trzeci, którego nazwiska nigdy wcześniej nie widziałam w materiałach.
Marek Domański.
„Kim on jest?”
Agentka ABW nagle zesztywniała.
„Domański?”
Spojrzałam na nią.
„Zna go pani?”
„Były dyrektor departamentu analiz. Oficjalnie zginął osiem lat temu w wypadku samochodowym.”
Ojciec zamknął oczy.
„Nie zginął.”
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Majewski spojrzał na mnie.
„To Domański przejął Latarnię. To on zmienił operację obserwacyjną w mechanizm, który miał cię doprowadzić do stanowiska pozwalającego zrzucić na ciebie odpowiedzialność za działania siatki.”
„A matka?”
„Dowiedziała się o operacji później” — powiedział ojciec. „Najpierw próbowała cię z niej wyciągnąć.”
„Próbowała?”
„Tak.”
„Przed chwilą celowała do nas z broni.”
„Bo została zwerbowana.”
„To nie jest odpowiedź.”
Ryszard odwrócił wzrok.
Majewski odpowiedział za niego.
„Domański dał jej wybór. Współpraca albo śmierć córki.”
Serce zaczęło mi bić szybciej.
„Twierdzi pan, że matka robiła to wszystko, żeby mnie chronić?”
„Na początku.”
„A później?”
Majewski spojrzał na ojca.
„Później zrozumiała, że w tej strukturze może zdobyć władzę.”
To pasowało do kobiety, którą widziałam w boksie numer 17.
Nie przestraszonej.
Nie zmuszonej.
Pewnej siebie.
„Dlaczego Domański upozorował własną śmierć?”
„Bo osiem lat temu Ryszard był bardzo blisko zebrania dowodów wystarczających do jego zatrzymania.”
Spojrzałam na ojca.
„Dlatego dwa razy próbowali mnie zabić?”
„Nie.”
Ryszard pokręcił głową.
„Te dwa zdarzenia nie miały cię zabić.”
Zmarszczyłam brwi.
„Co?”
„Miały mnie ostrzec.”
Wtedy wszystko zaczęło nabierać jeszcze gorszego sensu.
Ja byłam narzędziem.
Nie tylko dla siatki.
Także dla człowieka, który próbował ją zniszczyć.
„Wykorzystywaliście mnie wszyscy.”
„Beata...”
„Ty stworzyłeś operację. Majewski ją zatwierdził. Domański ją przejął. Matka weszła do siatki. A przez cały ten czas ja byłam jedyną osobą, której nikt nie powiedział prawdy.”
Ojciec nie zaprzeczył.
To bolało najbardziej.
Nagle agentka ABW podeszła do terminala.
„Chwileczkę.”
Włożyła czarny rejestr do czytnika i porównała zapis z jednym z plików w archiwum.
„Mam datę.”
„Jaką?”
„Ostatni wpis Domańskiego.”
Na ekranie pojawiły się liczby.
Data sprzed trzech dni.
Dzień rzekomej śmierci mojego ojca.
Poniżej widniała godzina.
17:40.
I krótka notatka.
LATARNIA GOTOWA DO ZAMKNIĘCIA. FAZA OSTATNIA ROZPOCZNIE SIĘ PO POGRZEBIE.
Poczułam lodowaty chłód.
„On wiedział o pogrzebie.”
Majewski skinął głową.
„Więcej. Czekał na niego.”
Ojciec podszedł do monitora.
„To znaczy, że moja upozorowana śmierć nie była dla niego zaskoczeniem.”
„Więc cała operacja z pustą trumną...” — zaczęłam.
Ryszard dokończył za mnie.
„...od początku odbywała się za jego zgodą.”
W tej samej chwili z czerwonej teczki wysunęło się niewielkie zdjęcie.
Podniosłam je.
Przedstawiało mojego ojca, Majewskiego i Marka Domańskiego sprzed ponad dwudziestu lat.
Za nimi stała czwarta osoba.
Moja matka.
Ale nie to było najgorsze.
Na odwrocie ktoś zapisał datę i jedno zdanie:
JEŚLI BEATA DOTRZE DO TEGO ZDJĘCIA, LATARNIA ZADZIAŁAŁA.
Spojrzałam na ojca.
„Czyje to pismo?”
Ryszard pobladł.
„Domańskiego.”
Nagle z góry dobiegł niski pomruk.
Agentka pierwsza rozpoznała dźwięk.
„Samochody.”
Potem drugi.
I trzeci.
Majewski podszedł do wygaszonego telefonu leżącego na stole.
„Nikt mnie nie śledził.”
Ojciec spojrzał na zdjęcie w mojej dłoni.
„Nie musieli.”
„Dlaczego?”
Ryszard wskazał na fotografię.
„Bo właśnie to mieliśmy znaleźć.”
W tej samej chwili na starym terminalu samoczynnie uruchomił się ekran.
Pojawił się obraz mężczyzny o siwych włosach.
Nigdy wcześniej nie widziałam jego twarzy.
Ale od razu wiedziałam, kim jest.
Marek Domański patrzył prosto w kamerę.
„Pułkownik Beata Sikorska” — powiedział. „Jeżeli pani to ogląda, pani ojciec zrobił dokładnie to, czego się po nim spodziewałem.”
Uśmiechnął się.
„Teraz może pani wreszcie dowiedzieć się, dlaczego od początku potrzebowaliśmy właśnie pani.”
*Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.*







No comments yet