Rozrywka

Pięć minut po rozwodzie ojciec kazał mi zmienić wszystkie PIN-y. Wieczorem karta mojego byłego została odrzucona

Ojciec odebrał po pierwszym sygnale.

— Emilia?

— Mama uciekła.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Skąd to wiesz?

— Paweł zadzwonił do Weroniki. Przetrzymywali ją w starym magazynie przy Wale Miedzeszyńskim. Odkryli, że zniknęła dziesięć minut temu. Tomasz jedzie jej szukać.

Usłyszałam, jak ojciec gwałtownie wstaje.

— Nie jedź tam.

— Tato...

— Emilia, posłuchaj mnie. Jeśli Tomasz już wie, że Anna uciekła, magazyn nie jest miejscem ratunku. Jest miejscem, do którego będą wracali ludzie szukający jej.


— Więc co proponujesz?

— Wyślij mi dokładną lokalizację. Ja powiadomię policję.

— A mama?

— Jeśli uciekła sama, nie została przy magazynie. Twoja matka nie jest głupia.

Prawie się zaśmiałam.

Prawie.

— Skąd możesz być tego taki pewien?

Ojciec milczał o sekundę za długo.

— Bo powiedziałem jej kiedyś, co ma zrobić, jeśli ktoś spróbuje użyć jej przeciwko mnie.

Zamknęłam oczy.


Jeszcze jeden sekret.

— Kiedy?

— Dawno temu.

— Jak dawno?

— Po zniknięciu Tomasza.

Spojrzałam przez szybę Szafirowego Salonu na nocną Warszawę.

— Czy w tej rodzinie tylko ja przez dwanaście lat nie wiedziałam, że żyjemy obok tykającej bomby?

— Chciałem cię od tego odsunąć.

— Świetnie się udało.

Rozłączyłam się, zanim zdążył odpowiedzieć.


Daniel patrzył na mnie z drugiego końca pomieszczenia.

— Co powiedział?

— Że moja matka wie, jak znikać.

Weronika usiadła ciężko na krześle.

— Jeśli Anna uciekła, Paweł będzie próbował ją znaleźć przed Tomaszem.

— Dlaczego?

— Bo Tomasz zawsze obwinia kogoś za porażkę.

— Tym razem ciebie?

Nie odpowiedziała.

Daniel spojrzał na telefon Weroniki.


— Paweł ma lokalizację twojego telefonu?

Jej twarz zmieniła się.

To wystarczyło.

— Ma.

Natychmiast włączyłam tryb samolotowy.

— Za późno — powiedziała. — Jeśli sprawdził ją wcześniej, wie, że nadal jestem w klubie.

— Dobrze.

Spojrzała na mnie jak na szaloną.

— Dobrze?

— Dopóki uważa, że jesteś tutaj z Danielem, zakłada, że nic się nie zmieniło.


Odwróciłam się do menedżera.

— Potrzebuję tylnego wyjścia.

Pięć minut później jechaliśmy windą serwisową do podziemnego garażu.

Nie zabrałam Daniela.

Nie zabrałam Weroniki.

Oboje zostali w Szafirowym Salonie pod okiem ochrony, a menedżer otrzymał jasną instrukcję: jeśli którekolwiek spróbuje wyjść przed przyjazdem policji, ma natychmiast zadzwonić pod numer alarmowy.

Wzięłam tylko telefon Weroniki.

Wyłączony.

Jeśli Tomasz chciał patrzeć na pionki, pozwoliłam mu patrzeć na nieruchomą planszę.

Na poziomie -3 czekała na mnie taksówka zamówiona przez pracownika klubu.


Dwadzieścia minut później siedziałam obok ojca w jego samochodzie.

Nie przywitaliśmy się.

— Policja jedzie do magazynu — powiedział.

— A my?

— Szukamy twojej matki.

— Jak?

Ojciec podał mi kartkę.

Były na niej trzy adresy.

Całodobowa stacja benzynowa.

Mały hotel.


Posterunek policji.

Wszystkie w promieniu kilku kilometrów od magazynu.

— Powiedziałeś jej, żeby po ucieczce poszła do jednego z takich miejsc?

— Powiedziałem jej, żeby znalazła światło, kamery i ludzi.

— Telefon?

— Żadnego własnego telefonu. Żadnej karty. Żadnego samochodu.

Spojrzałam na niego.

— Naprawdę przygotowałeś ją na porwanie.

— Przygotowałem ją na Tomasza.

Pierwsza stacja benzynowa była pusta.


W hotelu recepcjonista nie rozpoznał mamy ze zdjęcia.

Kiedy jechaliśmy w stronę posterunku, telefon ojca zadzwonił.

Numer stacjonarny.

Ojciec spojrzał na mnie.

Odebrał.

— Tak?

Przez chwilę słuchał.

A potem zamknął oczy.

— Anna.

Serce stanęło mi w piersi.


Chwyciłam telefon.

— Mamo?

— Emilia?

Jej głos był drżący, ale żywy.

— Mamo, gdzie jesteś?

— W aptece. Jakaś kobieta pozwoliła mi zadzwonić.

— Jesteś ranna?

— Nic poważnego.

Ojciec już wpisywał nazwę apteki do nawigacji.

— Zostań tam — powiedział. — Nie wychodź. Nie podchodź do okien.


Mama jednak nie odpowiedziała od razu.

— Ryszard...

Ton jej głosu sprawił, że ojciec znieruchomiał.

— Co?

— Oni wiedzą o skrytce.

— Wiem.

— Nie. Nie rozumiesz.

Usiadłam prościej.

— Mamo, co słyszałaś?

Po drugiej stronie ktoś zamknął drzwi.

Mama ściszyła głos.

— Kiedy mnie zabrali, udawałam, że jestem bardziej przestraszona, niż naprawdę byłam. Rozmawiali przy mnie.

— Kto?

— Paweł. I drugi mężczyzna. Nie znałam go.

— Tomasz?

— Nie. Tomasza nie było.

Ojciec zacisnął dłonie na kierownicy.

— Co powiedzieli?

— Że jeśli dostaną klucz 417, „Ryszard sam doprowadzi ich do prawdziwego depozytu”.

Spojrzałam na ojca.

— Prawdziwego depozytu?

Twarz mu stężała.

Mama mówiła dalej.

— Paweł powiedział, że skrytka jest pusta.

W samochodzie zapadła cisza.

Powoli odwróciłam się do ojca.

— Tato?

Nie patrzył na mnie.

— Jedźmy po twoją matkę.

— Czy skrytka 417 jest pusta?

— Emilia...

— Czy jest pusta?

Jego szczęka drgnęła.

— Tak.

Poczułam wściekłość.

— Więc od początku o tym wiedziałeś.

— Klucz nie otwiera tego, czego szuka Tomasz.

— Powiedziałeś mi coś zupełnie innego.

— Powiedziałem, że wiem, czego szukają.

— I pozwoliłeś mi uwierzyć, że znajduje się w skrytce!

Ojciec uderzył dłonią w kierownicę.

— Bo jeśli Tomasz myśli, że nadal w to wierzymy, mamy przewagę!

Zamilkłam.

Po chwili zapytałam:

— Co jest w skrytce 417?

— Jedna rzecz.

— Jaka?

Ojciec spojrzał na mnie.

— Instrukcja.

— Do czego?

— Do miejsca, w którym dwanaście lat temu ukryłem kopię Błękitnej Księgi.

Wszystkie elementy nagle się połączyły.

Tomasz nie potrzebował klucza dlatego, że za nim znajdowały się dowody.

Potrzebował go, ponieważ tylko mój ojciec wiedział, jak odczytać to, co znajdzie w środku.

— Dlatego chcą, żebyś poszedł tam razem ze mną.

— Tak.

— A wiadomość mówiła, żebym przyszła sama.

— Bo chcieli zobaczyć, komu przekażesz klucz.

Nagle zrozumiałam coś jeszcze.

— Czyli porwanie mamy nie miało zmusić mnie do otwarcia skrytki.

Ojciec pokręcił głową.

— Miało zmusić mnie do ujawnienia następnego kroku.

Telefon nadal trzymałam przy uchu.

— Mamo?

Cisza.

— Mamo?

Spojrzałam na ekran.

Połączenie trwało.

Ale jej nie słyszałam.

— Anna? — powiedział ojciec głośniej.

Wtedy usłyszeliśmy coś po drugiej stronie.

Męski głos.

Bardzo blisko telefonu.

— Ryszard.

Ojciec zahamował tak gwałtownie, że pas bezpieczeństwa wbił mi się w klatkę piersiową.

Znałam ten głos.

Tomasz.

— Powinieneś był powiedzieć córce prawdę wcześniej — powiedział spokojnie.

— Gdzie jest Anna?

Tomasz zaśmiał się cicho.

— Tym razem rzeczywiście uciekła. Nawet jestem pod wrażeniem.

Spojrzałam na ojca.

— Więc skąd masz jej telefon?

— Nie mam.

Zamarłam.

— Słucham was przez coś znacznie prostszego.

Ojciec spojrzał na własny telefon.

Jego twarz straciła kolor.

Tomasz mówił dalej.

— Przez dwanaście lat uczyłeś innych, żeby śledzili pieniądze, Ryszard.

Krótka pauza.

— Szkoda, że nigdy nie nauczyłeś się sprawdzać własnego domu.

Połączenie zostało przerwane.

Ojciec spojrzał na mnie.

A potem bardzo powoli sięgnął do kieszeni płaszcza.

Wyjął mosiężny klucz oznaczony numerem 417.

Odwrócił go.

Na jego spodzie, niemal niewidoczny pod metalową oprawą, znajdował się maleńki czarny punkt.

Nadajnik.

Tomasz nie śledził mamy.

Nie śledził Daniela.

Od chwili, kiedy kurier przyniósł czarną kopertę...

śledził nas.

A my właśnie pokazaliśmy mu drogę.

Ciąg dalszy nastąpi — kliknij Część 7, aby czytać dalej.

No comments yet