Rozrywka

Pięć minut po rozwodzie ojciec kazał mi zmienić wszystkie PIN-y. Wieczorem karta mojego byłego została odrzucona

Ojciec nie ruszał się przez kilka sekund.

Patrzył na maleńki nadajnik ukryty w kluczu, jakby obraził go osobiście.

Potem otworzył okno.

— Nie wyrzucaj go — powiedziałam.

Zatrzymał rękę.

— Jeśli Tomasz śledzi sygnał, zobaczy, gdzie jesteśmy.

— Właśnie dlatego go nie wyrzucaj.

Spojrzał na mnie.

— Chcesz go wykorzystać.

— Przez cały wieczór to on decydował, co mamy zobaczyć. Czas zmienić role.


Ojciec zamknął okno.

— Najpierw Anna.

Dziesięć minut później znaleźliśmy mamę w niewielkiej całodobowej aptece.

Kiedy zobaczyłam ją przez szybę, siedziała za ladą obok farmaceutki, owinięta szarym kocem.

Rzuciłam się do środka.

— Mamo.

Wstała tak szybko, że prawie przewróciła krzesło.

Objęłam ją.

Dopiero wtedy zauważyłam zaczerwienienia na jej nadgarstkach i rozciętą skórę przy skroni.

— Nic mi nie jest — powiedziała.


— Nie mów tak.

— Emilio, naprawdę. Uderzyłam się, kiedy przeciskałam przez małe okno w łazience.

Ojciec stanął kilka kroków od nas.

Przez moment tylko na siebie patrzyli.

Potem mama podeszła do niego i uderzyła go otwartą dłonią w twarz.

Farmaceutka odwróciła wzrok.

Ja nie.

— Dwanaście lat — powiedziała mama. — Dwanaście lat mówiłeś mi, że to skończone.

Ojciec nie dotknął policzka.

— Myślałem, że skończone.


— Nie. Miałeś nadzieję.

Mama spojrzała na klucz w jego dłoni.

— Nadal go masz?

— Tak.

— To wyrzuć go.

— Nie możemy.

Jej oczy natychmiast przeniosły się na mnie.

— Co zrobiłaś?

— Jeszcze nic.

— Emilia.


— Tomasz śledzi nadajnik ukryty w kluczu.

Mama pobladła.

— Więc zna waszą pozycję.

— Zna pozycję klucza — poprawiłam ją.

Ojciec zrozumiał pierwszy.

— Potrzebujemy samochodu, który pojedzie tam, gdzie Tomasz chce, żebyśmy pojechali.

Mama pokręciła głową.

— Nie.

— Anna...

— Nie zgadzam się na żadne przynęty.


— To nie musi być człowiek — powiedziałam.

Oboje spojrzeli na mnie.

Piętnaście minut później policja przejęła mamę pod ochronę.

Ojciec rozmawiał z funkcjonariuszami na zewnątrz, a ja zadzwoniłam do menedżera Aurum House.

— Czy Daniel nadal tam jest?

— Tak.

— A Weronika?

— Również.

— Dobrze. Proszę nikogo nie wypuszczać.

— Policja już jedzie.


— Jeszcze jedno. Czy klub ma samochód serwisowy?

Krótka cisza.

— Tak.

— Potrzebuję przysługi.

Dwadzieścia pięć minut później mosiężny klucz 417 leżał w schowku samochodu dostawczego Aurum House.

Kierowca nie wiedział, co przewozi.

Dostał tylko trasę.

Najpierw centrum.

Potem most.

Potem południowa Warszawa.


Na końcu miał zaparkować przed całodobowym magazynem samoobsługowym i wejść do środka po kopertę, którą rzekomo miał odebrać dla klubu.

My znajdowaliśmy się kilka kilometrów dalej.

Bez klucza.

Bez nadajnika.

Ojciec obserwował mapę sygnału na urządzeniu policji.

— Jeśli Tomasz połknie haczyk, pojedzie za samochodem.

— A jeśli nie?

— Wtedy wie, że odkryliśmy nadajnik.

— Czyli tak czy inaczej coś zyskujemy.

Telefon ojca zadzwonił.


Tomasz.

Spojrzeliśmy na siebie.

Ojciec odebrał.

— Tak?

— Sprytne — powiedział Tomasz.

Żołądek mi się ścisnął.

— O czym mówisz? — zapytał ojciec.

— O samochodzie.

Spojrzałam na ekran mapy.

Sygnał nadal się poruszał.


— Nie sądziłeś chyba, że będę śledził tylko nadajnik?

Tomasz mówił spokojnie.

Zbyt spokojnie.

— Daniel przez lata przekazywał nam znacznie więcej niż pieniądze.

Spojrzałam na ojca.

— Co dokładnie? — zapytałam głośno.

Tomasz usłyszał.

— Dostępy. Dokumenty. Kopie. Zwyczaje.

— Jakie zwyczaje?

Zaśmiał się.


— Twoje.

Przez plecy przebiegł mi dreszcz.

— Daniel fotografował twoje dokumenty, kiedy spałaś. Przesyłał historię podróży. Numery rachunków. Nazwiska klientów twojego biura. Nawet zdjęcia wnętrza domu twoich rodziców.

Ojciec zacisnął pięść.

— Po co?

— Bo przez dwanaście lat Ryszard ukrywał Błękitną Księgę, ale nie potrafił ukryć wszystkiego, co budował wokół niej.

— Czego szukasz? — zapytałam.

Tomasz ucichł.

Potem powiedział:

— Nie dokumentu.

Ojciec zamarł.

— Dostępu.

Wszystko nagle zabrzmiało inaczej.

— Błękitna Księga nie jest papierowa? — zapytałam.

Tomasz roześmiał się.

— Wreszcie dobre pytanie.

Połączenie zostało przerwane.

Spojrzałam na ojca.

— Tato.

Nie odpowiedział.

— Co to znaczy?

Wpatrywał się w ciemną ulicę przed nami.

— Dwanaście lat temu to rzeczywiście była księga. Papierowa. Nazwiska, konta, spółki, przelewy.

— Ale?

— Skopiowałem ją.

— Cyfrowo?

Skinął głową.

— Zaszyfrowałem.

— Gdzie?

— Na urządzeniu bez dostępu do internetu.

— Więc Tomasz nie potrzebuje dokumentów.

— Potrzebuje klucza deszyfrującego.

Przypomniałam sobie skrytkę 417.

Instrukcję.

„Prawdziwy depozyt”.

— Czy instrukcja w skrytce prowadzi do klucza deszyfrującego?

Ojciec długo milczał.

— Nie bezpośrednio.

— Co to znaczy?

Spojrzał na mnie.

— Klucz został podzielony.

— Na ile części?

— Trzy.

— Gdzie są?

— Jedna była w skrytce 417.

Serce przyspieszyło.

— Była?

— Przeniosłem ją sześć lat temu.

— Druga?

— Przy twojej matce.

Spojrzałam w stronę radiowozu, którym przed chwilą odjechała mama.

— Mama ma część klucza?

— Nie wie o tym.

— A trzecia?

Ojciec zamknął oczy.

Wiedziałam, że nie spodoba mi się odpowiedź.

— Tato.

— Trzecią dałem tobie.

Zamarłam.

— Nigdy niczego mi nie dałeś.

— Dałem.

— Co?

Spojrzał na mnie.

— Starą czarną kartę, którą trzymasz za prawem jazdy.

W jednej sekundzie przypomniałam sobie sąd.

Dziesięć kart.

Firmowe.

Prywatne.

Awaryjne.

Podróżne.

I tę jedną starą, matowoczarną kartę.

Kartę, której prawie nigdy nie używałam.

— To nie jest zwykła karta bankowa? — wyszeptałam.

— Jest prawdziwa. Ale chip został zmodyfikowany.

Poczułam, jak robi mi się zimno.

— Daniel wiedział, że ją mam.

— Wiem.

— Dzisiaj próbował nią zapłacić.

Ojciec gwałtownie odwrócił głowę.

— Co?

— W Aurum House. Podał sprzedawcy moją matowoczarną kartę firmową.

Cisza.

Ojciec pobladł.

— Emilia... powiedziałaś wcześniej, że próbował użyć firmowej karty. Nie powiedziałaś której.

— Myślałam, że to nie ma znaczenia.

Ojciec już wyciągał telefon.

— Ma.

— Dlaczego?

— Bo jeśli terminal odczytał chip...

Nie dokończył.

Nie musiał.

Tomasz nie potrzebował już skrytki.

Nie potrzebował nawet klucza 417.

Daniel, próbując kupić Weronice naszyjnik za 2 560 000 złotych, mógł nieświadomie przekazać mu jedną z trzech części dostępu.

Telefon ojca zawibrował.

Wiadomość od nieznanego numeru.

Zdjęcie.

Na ekranie widniała matowoczarna karta leżąca na białym stole.

Pod spodem jedno zdanie:

**Jedną część już mamy. Zostały dwie.**

Spojrzałam na ojca.

A wtedy zrozumiałam coś jeszcze.

Moja matka nie została porwana tylko po to, żeby zmusić nas do działania.

Była drugą częścią klucza.

I Tomasz właśnie wiedział, gdzie jej szukać.

Ciąg dalszy nastąpi — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet