Przez całą drogę patrzyłam przez szybę, ściskając telefon tak mocno, że bolały mnie palce.
Nie pojechałam sama.
Mecenas Nowak uparł się, że pojedzie ze mną, ale zaparkował przecznicę wcześniej.
— Jeśli ktoś naprawdę chce panią wciągnąć w pułapkę, lepiej, żeby nie wiedział, że nie jest pani sama — powiedział.
Adres prowadził do starego domu na obrzeżach miasta.
Nie wyglądał jak miejsce, które mogło mieć jakiekolwiek znaczenie dla Karola.
Niewielki, przedwojenny budynek z odpadającym tynkiem, zarośniętym ogrodem i drewnianą furtką przekrzywioną na jedną stronę.
Stałam przed nią przez kilka sekund.
Mieszkałam tutaj kiedyś?
Próbowałam odnaleźć w pamięci cokolwiek znajomego.
Schody.
Drzewo.
Kolor ścian.
Nic.
Miałam sześć lat, kiedy zmarła moja matka.
Ojciec wywiózł mnie stąd niedługo później.
Telefon zawibrował.
„Wejdź”.
Tylko jedno słowo.
Rozejrzałam się.
Ulica była pusta.
Wiedziałam, że Nowak obserwuje dom z samochodu, ale mimo to poczułam się całkowicie sama.
Pchnęłam furtkę.
Drzwi wejściowe były uchylone.
— Halo?
Cisza.
Weszłam.
Powietrze pachniało kurzem i wilgocią.
Stare meble były przykryte białymi prześcieradłami.
Na ścianach pozostały jaśniejsze prostokąty po zdjęciach, które ktoś dawno temu zdjął.
Zrobiłam kilka kroków.
Deski podłogi skrzypnęły.
I wtedy coś zobaczyłam.
Na komodzie leżała planszówka.
Ta sama, w którą najczęściej grałam z Karolem.
Pod nią znajdowała się kartka.
„Nie ufaj temu, kto jako pierwszy nazwie mnie mordercą”.
Serce przyspieszyło.
To był jego charakter pisma.
Rozpoznałabym je wszędzie.
Odwróciłam kartkę.
Z tyłu widniały trzy cyfry.
214.
— Karol? — zawołałam.
Natychmiast poczułam się idiotycznie.
Przecież uczestniczyłam w jego pogrzebie.
A jednak zdjęcie z telefonu nie dawało mi spokoju.
Nagle na piętrze coś stuknęło.
Zamarłam.
— Jest tam ktoś?
Kolejny odgłos.
Tym razem wyraźniejsze kroki.
Cofnęłam się do drzwi.
Wtedy z góry dobiegł męski głos.
— Nie krzycz.
Zabrakło mi tchu.
Brzmienie było podobne.
Tak podobne, że przez sekundę naprawdę uwierzyłam.
— Karol?
Na schodach pojawił się mężczyzna.
Miał podobny wzrost.
Podobną sylwetkę.
Ten sam ciemny płaszcz co człowiek na zdjęciu.
Ale kiedy zszedł niżej, zobaczyłam twarz.
Nie był to Karol.
Mężczyzna miał może trzydzieści pięć lat.
— Kim pan jest?
Nie odpowiedział.
— To pan wysłał mi zdjęcie?
Uśmiechnął się lekko.
— Pani wuj był bardziej ostrożny, niż myśleliśmy.
— „My”?
Ruszył w moją stronę.
Cofnęłam się.
— Proszę się zatrzymać.
— Chcę tylko porozmawiać.
— W takim razie proszę powiedzieć, kim pan jest.
— Kimś, kto próbuje panią ochronić przed największym błędem w pani życiu.
— Jakim?
Spojrzał na kartkę w mojej dłoni.
— Przyjęciem spadku.
Przez chwilę myślałam, że źle usłyszałam.
— Dlaczego miałabym go nie przyjąć?
— Ponieważ pieniądze Karola są zatrute.
Zrobił kolejny krok.
— Firma, którą pani właśnie odziedziczyła, nie jest tym, czym się wydaje. A Karol nie był człowiekiem, którego pani poznała.
— Już wiem, że ukrywał swoją tożsamość.
— To najmniejsza rzecz, którą ukrywał.
Wyciągnął z kieszeni telefon.
Pokazał mi zdjęcie.
Karol siedział przy stole konferencyjnym obok trzech mężczyzn.
Jednego z nich rozpoznałam ze zdjęć w teczce Nowaka.
Był członkiem zarządu Karliński Medical Technologies.
Pod fotografią widniała data sprzed czterech miesięcy.
— Co to ma znaczyć?
— Proszę zapytać swojego prawnika o projekt 214.
Spojrzałam na cyfry zapisane na kartce.
214.
Mężczyzna zauważył moją reakcję.
— Więc już pani dał numer.
— Karol?
— Tak.
— Co to jest projekt 214?
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
— Powód, dla którego umarł.
Usłyszałam za sobą gwałtowne otwarcie drzwi.
Nowak.
— Proszę od niej odejść.
Mężczyzna natychmiast cofnął się o krok.
Nowak trzymał telefon w dłoni.
— Policja jest w drodze.
Nieznajomy spojrzał na mnie.
— Powiedziałem pani, żeby uważała, komu pani ufa.
Potem przeniósł wzrok na Nowaka.
— Zwłaszcza ludziom, których Karol opłacał przez dwadzieścia lat.
Odwrócił się i pobiegł w stronę kuchni.
Nowak ruszył za nim, ale po chwili wrócił.
— Tylne drzwi. Uciekł.
— Kim on był?
— Nie wiem.
— Kłamie pan.
Nowak zesztywniał.
— Słucham?
Pokazałam mu kartkę.
— Projekt 214.
Po raz pierwszy od naszego spotkania zobaczyłam w jego oczach coś, czego nie potrafił ukryć.
Strach.
— Skąd pani to ma?
— Karol zostawił.
Nowak zamknął oczy na sekundę.
— Musimy stąd wyjść.
— Najpierw powie mi pan, czym jest projekt 214.
— Nie tutaj.
— Nie ruszę się, dopóki pan mi nie odpowie.
Spojrzał na schody, potem na okna.
— To nie projekt.
— Więc co?
— Numer pokoju.
Poczułam chłód na plecach.
— Jakiego pokoju?
— Prywatnego archiwum Karola w siedzibie firmy.
— Co w nim jest?
Nowak milczał.
— Pan wie.
— Wiem tylko, że sześć tygodni temu Karol kazał mi przygotować dokumenty, dzięki którym po jego śmierci wyłącznie pani będzie mogła wejść do pokoju 214.
— Dlaczego?
— Tego nie powiedział.
Wtedy telefon w mojej dłoni zawibrował po raz kolejny.
Nieznany numer.
Nowa wiadomość.
„Jeśli Nowak powiedział ci o pokoju 214, zapytaj go, dlaczego jego nazwisko znajduje się na przelewie 480 000 zł”.
Powoli podniosłam wzrok.
Nowak patrzył na ekran.
Jego twarz stała się zupełnie blada.
Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.







No comments yet