Przez kilka sekund nikt nie odezwał się ani słowem.
Czarny iPhone leżał na stoliku między nami.
Mały.
Zwyczajny.
A jednak patrzyłem na niego jak na odbezpieczony granat.
— W kuchni? — powtórzył Grabowski.
Hanna skinęła głową.
— Marek dał mi go trzy dni temu. Powiedział, że nie ufa własnemu telefonowi. Kazał trzymać ten wyłączony, dopóki się nie odezwie.
— Dlaczego zostawiłaś go w kuchni?
— Ładowałam go.
— O której wyszłaś z domu?
— Przed siódmą rano.
— A Wiktoria?
— Jeszcze spała.
Spojrzałem na córkę.
Jej oczy znów były zamknięte. Lekarz zwiększył sedację po krótkim przebudzeniu, ale zanim odpłynęła, wskazała właśnie ten telefon.
Nie przypadkiem.
Wiedziała.
— Kto jeszcze miał dostęp do domu rano? — zapytał Grabowski.
— Nikt — odpowiedziała Hanna.
— Klucze?
— Ja, Maciej i Wiktoria.
— Kod alarmu?
Hanna zawahała się.
— Wiktoria go znała.
— Ktoś jeszcze?
— Nie.
Spojrzałem na nią.
— A Marek?
— Nie.
— Kamil?
— Nie.
Grabowski założył rękawiczki i podniósł telefon.
— Zabieramy go do analizy.
— Najpierw sprawdź ostatnie połączenia — powiedziałem.
— Maciej.
— Jeśli ktoś wysłał wiadomość o 15:38, mógł zostawić więcej.
Grabowski patrzył na mnie przez chwilę, potem przewinął ekran.
Kilka numerów.
Żadnych nazw.
Większość połączeń trwała mniej niż minutę.
Jedno wyróżniało się od razu.
Dzisiaj, 07:12.
Czas trwania: trzy minuty czterdzieści osiem sekund.
— Rano — powiedziałem.
Hanna pobladła.
— Telefon powinien być wtedy w kuchni.
— Był.
— Czyli ktoś go używał po twoim wyjściu.
Grabowski otworzył szczegóły.
Numer był ukryty.
Ale poniżej znajdowała się notatka głosowa.
Nagrana automatycznie.
Spojrzeliśmy na siebie.
— Odtwarzaj — powiedziałem.
Grabowski nacisnął ekran.
Najpierw usłyszeliśmy szum.
Potem głos mężczyzny.
— Masz go?
Drugi głos.
Cichszy.
Młodszy.
— Tak.
Zamarłem.
Znałem go.
Nie potrafiłem jeszcze przypisać twarzy, ale znałem.
Mężczyzna mówił dalej.
— Nie otwieraj niczego. Zostaw telefon tam, gdzie go znalazłeś.
— A jeśli Wiktoria zobaczy?
— Nie zobaczy.
— Ona zaczyna coś podejrzewać.
Krótka pauza.
— Dlatego dzisiaj wszystko się kończy.
Nagranie urwało się.
Hanna zasłoniła usta dłonią.
Ja patrzyłem na ekran.
„Młodszy głos.”
Gdzie go słyszałem?
Szkoła?
Dom?
Wideorozmowy Wiktorii?
Wtedy przypomniałem sobie.
Dwa miesiące wcześniej.
Rozmowa wideo.
Wiktoria odrabiała projekt z kolegą.
Chłopak wychylił się wtedy zza jej ramienia, pomachał do kamery i powiedział:
„Dzień dobry, panie Kowalski.”
— Kamil — powiedziałem.
Hanna spojrzała na mnie.
— Co?
— Drugi głos to Kamil.
Grabowski cofnął nagranie.
Puścił jeszcze raz.
Hanna słuchała z zamkniętymi oczami.
Kiedy dobiegło końca, zaczęła powoli kręcić głową.
— Nie. To nie ma sensu.
— Sama mówiłaś, że pomagał Wiktorii.
— Pomagał.
— Albo tak myśleliście.
— Maciej, Marek był przerażony o syna.
— Marek też mógł kłamać.
Grabowski schował telefon do torby dowodowej.
— Od tej chwili nikt nie zakłada niczyjej niewinności.
Wyciągnął telefon służbowy.
— Potrzebuję adresu Zielińskich.
Hanna podała go natychmiast.
Komisarz zadzwonił do patrolu.
Słuchałem.
Najpierw kilka krótkich poleceń.
Potem cisza.
Grabowski zmarszczył brwi.
— Powtórz.
Spojrzał na mnie.
— Dom pusty.
— Kamil?
— Nie ma.
— Marek?
— Też nie.
— Samochody?
— Jednego brakuje.
Hanna wstała.
— Musimy ich znaleźć.
— My niczego nie robimy — powiedział Grabowski. — Policja ich znajdzie.
— Tak jak znalazła sprawców „włamania”? — zapytałem.
Jego szczęka się napięła.
Nie odpowiedział.
Telefon Hanny zawibrował.
Wszyscy spojrzeliśmy na ekran.
Nieznany numer.
Tym razem wiadomość tekstowa.
„Wiktoria nie powinna była ufać Kamilowi.”
Pod spodem pojawiła się druga.
„Ale ty, Maciej, popełniłeś większy błąd.”
Trzecia przyszła po kilku sekundach.
„Ufasz temu, kto stoi obok ciebie.”
Spojrzałem na Hannę.
Ona na Grabowskiego.
Komisarz wyjął telefon z jej dłoni.
— To próba skłócenia was.
— Możliwe — powiedziałem.
— Niech pan nie zaczyna.
— Nie zacząłem.
Patrzyłem na niego.
— Po prostu przypominam sobie coś.
— Co?
— Marek powiedział na nagraniu, że zgłoszenie zniknęło.
Grabowski znieruchomiał.
Hanna spojrzała na niego.
— Mówił pan wcześniej, że to nic.
— Bo nic nie wiem o żadnym zgłoszeniu.
— Więc sprawdźmy — powiedziałem.
— Teraz?
— Teraz.
Grabowski wyglądał, jakby chciał odmówić.
Zamiast tego wyjął laptop.
Zalogował się do policyjnego systemu.
Wyszukał: Zieliński.
Pierwszy rekord dotyczył mandatu.
Drugi starego zgłoszenia drogowego.
Trzeci pojawił się z datą sprzed ośmiu dni.
Grabowski przestał przewijać.
Numer sprawy.
Status:
ZAMKNIĘTE — BRAK PODSTAW DO DALSZEGO POSTĘPOWANIA.
— Otwórz — powiedziałem.
Kliknął.
Ekran zażądał dodatkowego uwierzytelnienia.
Grabowski wpisał kod.
Dokument się otworzył.
Zgłaszający: Marek Zieliński.
Treść: podejrzenie szantażu, stalkingu i nielegalnego rozpowszechniania materiałów dotyczących nieletnich.
Załączniki: trzy.
Wszystkie oznaczone jako usunięte.
Hanna szepnęła:
— Kto zamknął sprawę?
Grabowski przewinął niżej.
I nagle przestał oddychać.
Zobaczyłem nazwisko osoby zatwierdzającej zamknięcie.
Nie jego.
Nie znałem go.
Ale Grabowski znał.
— Kto to? — zapytałem.
Komisarz zamknął laptop.
Za szybko.
— Grabowski.
— Nie tutaj.
Złapałem krawędź ekranu, zanim zdążył go zatrzasnąć całkowicie.
— Kim jest inspektor Paweł Radecki?
Twarz Grabowskiego stwardniała.
— Mój przełożony.
Cisza zrobiła się ciężka.
Hanna usiadła z powrotem.
— Czyli ktoś w policji…
— Nie wiemy tego — przerwał Grabowski.
— Wiem jedno — powiedziałem. — Marek zgłosił sprawę. Dowody zniknęły. Sprawę zamknął twój przełożony. A kilka godzin po ataku na moją córkę ktoś próbuje dostać się do jej sali.
Grabowski patrzył na mnie.
W końcu powiedział:
— Od tej chwili nie ufamy żadnemu kanałowi służbowemu.
Wtedy drzwi sali Wiktorii otworzyły się gwałtownie.
Pielęgniarka weszła z małą plastikową torbą.
— Panie Kowalski?
— Tak?
— To znaleźliśmy pod prześcieradłem córki podczas zmiany pościeli.
Podała mi przedmiot.
Mały klucz.
Do klucza przyczepiona była czarna plastikowa zawieszka z numerem.
317.
Hanna wpatrywała się w niego.
— Co to jest?
Nie wiedziałem.
Ale Wiktoria trzymała go przy sobie nawet podczas ataku.
Grabowski zrobił zdjęcie numeru.
I wtedy mój telefon zadzwonił.
Nieznany numer.
Odebrałem.
Przez kilka sekund słyszałem tylko czyjś oddech.
Potem odezwał się chłopak.
— Panie Kowalski?
Natychmiast rozpoznałem głos.
Kamil.
— Gdzie jesteś?
— Nie mam dużo czasu.
W tle słyszałem samochody.
— Mój ojciec nie pracuje dla nich.
— Gdzie jest Marek?
Kamil zaczął płakać.
— Zabrali go przeze mnie.
Ścisnąłem telefon mocniej.
— Kto?
Cisza.
A potem trzy słowa.
— Proszę sprawdzić 317.
Połączenie zostało przerwane.
Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.







No comments yet