Rozrywka

Wróciłem Wcześniej Na 16. Urodziny Córki — Znalazłem Ją Nieprzytomną, A Alarm Wyłączono Od Środka

Przez kilka sekund trzymałem telefon przy uchu, choć połączenie już się zakończyło.

— Kamil? — powiedziała Hanna.

Spojrzałem na klucz leżący w plastikowej torbie.

317.

— Tak.

Grabowski natychmiast wyciągnął rękę.

— Co powiedział?

— Że Marek został zabrany przez niego. I żebym sprawdził 317.

Hanna patrzyła na zawieszkę.

— Skrytka?


— Możliwe.

Grabowski otworzył laptop, ale tym razem nie zalogował się do systemu policyjnego.

— Dworzec. Basen. Siłownia. Szkoła. Magazyny samoobsługowe. Numer może oznaczać wszystko.

— Wiktoria miała ten klucz pod prześcieradłem — powiedziałem. — Czyli uznała, że jest ważniejszy niż telefon.

Odwróciłem się do Hanny.

— Znasz ten typ zawieszki?

Pokręciła głową.

Potem nagle znieruchomiała.

— Czekaj.

— Co?


— Szkoła.

Grabowski uniósł wzrok.

— Co ze szkołą?

— W zeszłym miesiącu remontowali szatnie. Uczniowie starszych klas dostali metalowe szafki w piwnicy przy sali gimnastycznej.

— Numery trzycyfrowe?

— Tak.

Nie czekaliśmy.

Grabowski zostawił dwóch funkcjonariuszy przy Wiktorii, ale nie zgłosił wyjazdu przez radio. Użył prywatnego telefonu, żeby zadzwonić do jednego człowieka, któremu — jak powiedział — ufał od dwudziestu lat.

Nie pytałem, kto to.

Jeszcze nie.


Do szkoły dotarliśmy po dwudziestej pierwszej.

Budynek był zamknięty, ale woźny otworzył Grabowskiemu po okazaniu legitymacji.

Hanna została przy wejściu.

Ja poszedłem z komisarzem.

Piwniczny korytarz pachniał kurzem, farbą i wilgotnym betonem.

Szafki ciągnęły się w dwóch rzędach.

301.

302.

303.

Przy 317 zatrzymałem się.


Klucz wszedł bez oporu.

Grabowski położył dłoń na moim ramieniu.

— Powoli.

Otworzyłem drzwiczki.

W środku nie było ubrań.

Nie było podręczników.

Leżała tylko plastikowa teczka i mała pamięć USB przyklejona taśmą do tylnej ścianki.

Grabowski zaklął pod nosem.

— Niczego nie dotykamy gołymi rękami.

Założył rękawiczki.


W teczce znaleźliśmy wydrukowane zrzuty ekranu.

Nazwy użytkowników.

Daty.

Numery telefonów.

Zdjęcia uczniów wykonane bez ich wiedzy.

Część na przystankach.

Część przed domami.

Część na szkolnym korytarzu.

Na jednym zobaczyłem Wiktorię.

Stała przed naszą furtką.


Zdjęcie zrobiono z wnętrza samochodu.

Na odwrocie ktoś napisał długopisem:

„Cel A — córka żołnierza.”

Żołądek zacisnął mi się w twardy węzeł.

— To nie zaczęło się przypadkiem — powiedziałem.

Grabowski już przewracał kolejne kartki.

— Nie.

Na następnej stronie znajdowała się lista nazwisk.

Przy każdym krótka adnotacja.

Rodzice.


Stanowiska.

Miejsca pracy.

Kontakty.

Przy Wiktorii zapisano:

„Maciej Kowalski — jednostka specjalna. Częste wyjazdy. Dom łatwiejszy podczas nieobecności.”

Hanna, która weszła za nami mimo polecenia Grabowskiego, zasłoniła usta.

— Oni obserwowali nas od miesięcy.

Nie odpowiedziałem.

Bo na dole kartki widniało jeszcze jedno zdanie.

„Matka reaguje przewidywalnie.”


Spojrzałem na Hannę.

— Co to znaczy?

— Nie wiem.

Ale tym razem jej strach wyglądał inaczej.

Nie jak kłamstwo.

Jak człowiek, który właśnie zrozumiał, że ktoś przez długi czas kierował jego decyzjami.

Grabowski wyjął pamięć USB.

— Potrzebujemy komputera odłączonego od sieci.

Woźny zaprowadził nas do starego gabinetu informatycznego.

Komisarz uruchomił zapasowego laptopa bez dostępu do szkolnego Wi-Fi.


Na pamięci znajdowało się siedem folderów.

Sześć miało nazwy uczniów.

Siódmy:

„R.”

Grabowski nie dotknął myszy.

— Jeśli to jest to, o czym myślę…

— Otwórz.

Folder był zaszyfrowany.

Ale obok znajdował się plik tekstowy.

Jedno zdanie:


„Hasło to dzień, w którym policja przestała nas chronić.”

Hanna spojrzała na Grabowskiego.

— Zgłoszenie Marka.

Osiem dni temu.

Komisarz wpisał datę.

Folder się otworzył.

W środku były kopie wiadomości, zdjęć i nagrań.

A także nagranie ekranu z policyjnego systemu.

Ktoś filmował monitor telefonem.

Na ekranie było zgłoszenie Marka.

Widzieliśmy, jak załączniki zostają po kolei usunięte.

Potem sprawa została oznaczona jako zamknięta.

Kursor przesunął się do profilu użytkownika.

PAWEŁ RADECKI.

Hanna wyszeptała:

— To dowód.

Grabowski nie odpowiedział.

Nagranie trwało dalej.

Kamera przesunęła się od monitora.

Po raz pierwszy zobaczyliśmy fragment człowieka siedzącego przy biurku.

Rękę.

Zegarek.

Srebrny pierścień.

A potem głos.

— Dzieciaki mają przestać grzebać. Zwłaszcza dziewczyna Kowalskiego.

Poczułem, jak wszystko we mnie stygnie.

Grabowski zatrzymał film.

— Znam ten głos.

— Radecki?

Pokręcił głową.

— Nie.

Spojrzał na mnie.

— Zastępca dyrektora szkoły. Tomasz Wrona.

Hanna zrobiła krok do tyłu.

— Wrona?

— Dlaczego reagujesz? — zapytałem.

— Bo to on zadzwonił do mnie dziewięć dni temu.

Cisza.

— Po co?

Hanna pobladła.

— Powiedział, że Wiktoria ma problemy z Kamilem. Że chłopak ją manipuluje i że powinnam ograniczyć ich kontakt.

Wszystko zaczęło układać się w jedną linię.

Kamil nie odciągał Wiktorii od bezpieczeństwa.

Ktoś próbował odciągnąć Wiktorię od Kamila.

Grabowski otworzył kolejny plik.

Była tam lista spotkań.

Przy dzisiejszej dacie:

15:30 — Wiktoria / dom.

15:38 — potwierdzenie.

15:41 — alarm.

Niżej znajdowały się dwa inicjały.

T.W.

P.R.

Wrona.

Radecki.

A przy 19:00 zapisano:

„M.Z. — magazyn. Zamknąć temat.”

Hanna zaczęła płakać.

— Marek…

Wtedy z korytarza dobiegł huk.

Nie głośny.

Metaliczny.

Jak zamykane drzwi.

Zgasło światło.

Grabowski natychmiast schował pamięć USB do kieszeni.

— Nikt się nie rusza.

Na końcu korytarza pojawiła się wiązka latarki.

Potem głos.

Spokojny.

Znajomy Hannie.

— Pani Kowalska?

Hanna ścisnęła moje ramię.

— To Wrona.

Światło zbliżało się powoli.

A za drzwiami gabinetu usłyszeliśmy drugi głos.

— Panie Kowalski, proszę nie utrudniać.

Grabowski spojrzał na mnie.

Poznał go natychmiast.

— Radecki.

Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet