Światło latarki zatrzymało się na matowym szkle drzwi.
Grabowski przyłożył palec do ust.
Nie musiał.
Każdy z nas wiedział, że ludzie po drugiej stronie nie przyszli rozmawiać.
— Komisarzu — odezwał się Radecki. — Proszę otworzyć. Nie musi pan komplikować swojej sytuacji.
Grabowski sięgnął pod marynarkę.
— Moja sytuacja właśnie stała się bardzo prosta.
Wyjął broń.
Hanna cofnęła się za biurko.
Ja spojrzałem na jedyne okno. Piwniczne. Wąskie. Zabezpieczone metalową kratą.
Nie było wyjścia.
— Pamięć — powiedziałem cicho do Grabowskiego.
Dotknął kieszeni.
— Mam.
— Oni o tym wiedzą.
Za drzwiami Wrona zaśmiał się krótko.
— Wiktoria też myślała, że coś ma.
Hanna zesztywniała.
W mojej głowie zrobiło się zupełnie cicho.
— Powtórz — powiedziałem.
— Maciej — ostrzegł Grabowski.
Nie patrzyłem na niego.
— Powtórz to, Wrona.
Przez moment po drugiej stronie nie było odpowiedzi.
Potem usłyszałem:
— Pańska córka powinna była słuchać dorosłych.
Ruszyłem do drzwi.
Grabowski złapał mnie za ramię.
— Właśnie tego chce.
Miał rację.
Wrona chciał, żebym przestał myśleć.
Chciał żołnierza zamiast ojca.
Człowieka, którego potem łatwo nazwać agresorem.
Wziąłem powolny oddech.
— Dlaczego Wiktoria?
Wrona milczał.
Radecki odpowiedział za niego.
— To nie miejsce na pytania.
— Właśnie że idealne.
Spojrzałem na laptop.
Ekran nadal pokazywał listę operacji.
Wiktoria / dom.
Alarm.
Marek / magazyn.
Nie próbowali po prostu wystraszyć dzieci.
Sprzątali ślady.
— Kamil skopiował wasze pliki — powiedziałem głośniej. — Wiktoria je ukryła. Marek zgłosił sprawę. A wy zaczęliście gasić każdy pożar osobno.
Cisza.
Trafiłem.
— Najpierw zmusiliście Hannę, żeby przestała ufać Kamilowi. Potem usunęliście zgłoszenie Marka. Dzisiaj chcieliście odzyskać to, co miała Wiktoria.
Wrona odezwał się ostrzej:
— Niczego nie rozumiesz.
— Rozumiem wystarczająco dużo.
Spojrzałem na Hannę.
— Zdjęcie z kuchni.
Jej oczy rozszerzyły się.
— Co?
— Kto mógł zrobić je rano?
Myślała tylko sekundę.
— Wrona był u nas raz.
— Kiedy?
— Dziewięć dni temu. Po rozmowie o Kamilu.
Wszystko zaskoczyło.
— Widocznie nie był tylko raz.
Za drzwiami coś stuknęło.
Grabowski ustawił się bokiem.
— Odsunąć się.
Klamka poruszyła się powoli.
Drzwi były zamknięte, ale stary zamek nie wytrzymałby długo.
Wtedy mój telefon zawibrował.
Kamil.
Nie połączenie.
Wiadomość.
„Jestem na zewnątrz. Nie wychodźcie głównym wejściem.”
Pokazałem ekran Grabowskiemu.
Zmarszczył brwi.
Druga wiadomość przyszła natychmiast.
„Marek żyje. Mam dowód.”
Serce uderzyło mocniej.
Grabowski odpisał:
„Gdzie?”
Odpowiedź:
„Kotłownia. Tylne schody.”
Spojrzałem na plan ewakuacyjny wiszący obok drzwi.
Gabinet informatyczny znajdował się przy końcu korytarza.
Za nim była stara pracownia techniczna.
Dalej kotłownia.
Nie wyjście.
Chyba że Kamil wiedział o czymś, czego my nie wiedzieliśmy.
— Przejście serwisowe — powiedziała nagle Hanna.
Spojrzeliśmy na nią.
— Podczas remontu uczniowie narzekali, że robotnicy chodzili z piwnicy bezpośrednio na parking przez kotłownię.
Grabowski wskazał boczne drzwi gabinetu.
— Tam?
Skinęła głową.
W tej samej chwili zamek wejściowy trzasnął.
— Idźcie — powiedział Grabowski.
— A ty?
— Ktoś musi ich zatrzymać.
— Nie zostaję cię—
— Kowalski.
Pierwszy raz użył mojego nazwiska jak rozkazu.
— Masz córkę w szpitalu. Zabierz dowody i żonę. Ja jestem policjantem. To moja robota.
Wyciągnął pamięć USB z kieszeni i podał mi ją.
— Jeśli mnie zatrzymają, to musi wyjść stąd z tobą.
Schowałem ją pod koszulę.
Ruszyliśmy.
Hanna pierwsza.
Ja za nią.
Za plecami usłyszałem huk otwieranych drzwi.
Potem głos Grabowskiego.
— Policja! Broń na ziemię!
Nie obejrzałem się.
Przeszliśmy przez pracownię techniczną i wpadliśmy do kotłowni.
Kamil czekał przy otwartych metalowych drzwiach.
Miał rozciętą brew i kurtkę zabrudzoną błotem.
— Szybko!
Chwyciłem go za ramię.
— Gdzie jest twój ojciec?
— W aucie.
— Żyje?
— Tak. Jest ranny, ale żyje.
Na parkingu za szkołą stał stary samochód dostawczy.
Marek leżał na tylnym siedzeniu.
Twarz miał opuchniętą dokładnie jak na nagraniu z magazynu.
Kiedy mnie zobaczył, spróbował się podnieść.
— Wiktoria?
— Żyje.
Zamknął oczy z ulgą.
— To przeze mnie.
— Później.
Kamil zatrzasnął drzwi kotłowni.
— Musimy jechać.
— Najpierw powiedz mi jedną rzecz — powiedziałem.
Spojrzałem na Marka.
— Kto zaatakował moją córkę?
Marek spojrzał na syna.
Potem na mnie.
— Nie Wrona.
Poczułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg.
— Co?
— Wrona dał rozkaz. Radecki wyczyścił sprawę. Ale w domu byli inni.
— Ilu?
— Dwóch.
— Nazwiska.
Marek przełknął ślinę.
— Jednego znam.
— Mów.
— Filip Rudnicki.
Przypomniałem sobie nazwisko z rozmowy z Hanną.
Chłopak, na którego telefonie Kamil miał znaleźć pierwsze materiały.
— Uczeń?
Marek pokręcił głową.
— Jego starszy brat. Adrian.
Kamil odezwał się:
— Filip nie był częścią tego. Oni używali jego telefonu.
To wyjaśniało początek.
Nie koniec.
— A drugi?
Marek spuścił wzrok.
— Nie widziałem twarzy. Ale wiem, jak wszedł.
— Jak?
— Miał kod awaryjny systemu.
Hanna pobladła.
— Niemożliwe.
Marek spojrzał na nią.
— Kod serwisowy. Nie rodzinny.
Pomyślałem o alarmie.
Czwartym urządzeniu.
Braku śladów włamania.
Kimś, kto nie musiał znać naszego hasła.
— Kto miał taki kod?
Hanna odpowiedziała pierwsza.
— Firma instalacyjna.
Marek skinął głową.
— I osoba, która zleciła ostatni przegląd.
Spojrzałem na Hannę.
— Kiedy mieliśmy przegląd?
Jej twarz stała się biała.
— Trzy tygodnie temu.
— Kto go umówił?
Milczała.
— Hanna.
Jej głos ledwie było słychać.
— Tomasz Wrona.
Z budynku szkoły dobiegł pojedynczy strzał.
Hanna krzyknęła.
Kamil odwrócił się do drzwi.
Ja spojrzałem na telefon.
Grabowski nie odpowiadał.
A potem pojawiła się wiadomość z jego numeru.
Tylko cztery słowa.
„Nie wracajcie do szpitala.”
Sekundę później przyszła następna.
„Radecki wie, gdzie jest Wiktoria.”
Ciąg dalszy — kliknij Część 9, aby czytać dalej.







No comments yet