Drzwi oddziału zamknęły się za Dominikiem i Natalią, ale ich obecność nadal wisiała w powietrzu jak ciężki, duszący zapach. Patrzyłam na dziadka, a potem na jego prawnika. Żaden z nich nie wyglądał na zaskoczonego tym, co właśnie usłyszeli. To mnie przeraziło bardziej niż sama informacja o próbie włamania.
— Co to znaczy „użyto jego autoryzacji”? — zapytałam.
Prawnik odłożył telefon.
— Ktoś próbował uzyskać dostęp do elektronicznego systemu fundacji przy użyciu danych uwierzytelniających przypisanych do pana Dominika. System zablokował operację.
— Czyli Dominik próbował wejść na konto mojej fundacji?
— Tego jeszcze nie możemy stwierdzić — odpowiedział spokojnie. — Możemy natomiast stwierdzić, że ktoś posłużył się jego uprawnieniami.
Aleksander zacisnął dłoń na lasce.
— Zabezpieczyć wszystkie systemy. Natychmiast.
— Już to robimy.
— I chcę pełnego audytu dostępu z ostatnich sześciu miesięcy.
Prawnik skinął głową i wyszedł wraz z dyrektorem szpitala.
Dopiero wtedy zauważyłam, że pielęgniarka stojąca przy inkubatorach obserwuje mnie z niepokojem.
— Pani Adrianno, dzieci są stabilne — powiedziała cicho. — Ale potrzebujemy, żeby pani odpoczęła.
Spojrzałam przez szybę na Leona i Zosię.
Stabilne.
To jedno słowo było dla mnie ważniejsze niż wszystko inne.
— Zostanę tutaj.
Dziadek usiadł obok mnie. Przez chwilę nic nie mówił. Jego twarz, która przed chwilą była twarda i bezwzględna wobec Dominika, teraz wyglądała na zmęczoną.
— Muszę ci coś powiedzieć — odezwał się w końcu.
— O Dominiku?
Pokręcił głową.
— O twoich rodzicach.
Zamarłam.
Od śmierci rodziców prawie nigdy o nich nie rozmawialiśmy. Wychowywał mnie dziadek, ale zawsze miałam wrażenie, że pewne rozdziały z naszej rodzinnej historii zostały przede mną zamknięte na klucz.
— Co mają z tym wspólnego?
Aleksander spojrzał na inkubatory.
— Więcej, niż chciałem ci kiedykolwiek powiedzieć.
Serce zaczęło mi walić.
— Dziadku, proszę. Nie teraz.
— Właśnie teraz. Bo jeśli ktoś próbuje dostać się do fundacji, a Dominik jest w to zamieszany, musisz wiedzieć, dlaczego twoje nazwisko ma dla niektórych ludzi większą wartość, niż ci się wydaje.
Przełknęłam ślinę.
— Myślałam, że fundacja to tylko majątek rodzinny.
— Nie.
Jedno słowo.
I nagle wszystkie ostrzeżenia dziadka sprzed lat nabrały innego znaczenia.
„Nigdy nie pokazuj, co naprawdę posiadasz.”
„Nie podpisuj niczego bez konsultacji.”
„Nie pozwól, żeby ktoś poznał prawdziwą strukturę majątku.”
Zawsze uważałam, że przesadza.
Teraz zaczynałam rozumieć, dlaczego nigdy nie pozwolił mi traktować pieniędzy jak zwykłego spadku.
— Czym więc jest ta fundacja?
Aleksander milczał przez kilka sekund.
— Oficjalnie finansuje badania medyczne, stypendia i rozwój placówek.
— A nieoficjalnie?
Jego wzrok spotkał mój.
— Jest właścicielem pakietu kontrolnego w kilku spółkach, o których nawet nie słyszałaś.
Poczułam, jak coś ściska mnie w żołądku.
— Ilu?
— Siedemnaście.
Patrzyłam na niego bez słowa.
— A ile z nich kontroluje Grupę Medyczną Świętej Aurelii?
— Sześć.
W tym momencie drzwi oddziału ponownie się otworzyły. Wszedł młody mężczyzna w granatowym garniturze. Rozpoznałam go dopiero po chwili. Był jednym z ludzi dziadka, których widywałam czasem podczas rodzinnych spotkań.
— Panie Wysocki — powiedział. — Mamy wyniki wstępnej analizy.
Aleksander skinął głową.
— Mów.
Mężczyzna spojrzał na mnie.
— Lepiej, żeby pani również to usłyszała.
— Co znaleźliście?
— Ktoś od kilku miesięcy pobierał informacje dotyczące pani fundacji.
— Kto?
— Jeszcze nie wiemy.
— Ale wiemy, czego szukał — dodał Aleksander.
Mężczyzna otworzył laptop.
Na ekranie pojawiła się lista dokumentów.
Umowy.
Akcje.
Testament.
Struktura własności.
I jeden plik oznaczony datą sprzed dziewiętnastu lat.
Zobaczyłam jego nazwę.
„Projekt Asteria”.
— Co to jest? — zapytałam.
Dziadek nie odpowiedział.
Młody mężczyzna zrobił to za niego.
— To dokument dotyczący utworzenia pierwszego prywatnego funduszu rodzinnego Wysockich.
Zmarszczyłam brwi.
— Dlaczego ktoś miałby go szukać?
Aleksander spojrzał na mnie z wyraźnym bólem.
— Bo w tym dokumencie znajduje się nazwisko osoby, która oficjalnie nie powinna już mieć żadnego związku z naszą rodziną.
— Kto?
Zanim zdążył odpowiedzieć, telefon mężczyzny ponownie zawibrował.
Odebrał.
Jego twarz natychmiast się zmieniła.
— Tak… rozumiem.
Rozłączył się.
— Panie Wysocki, znaleźliśmy źródło pierwszego logowania.
— Gdzie?
— W pańskiej kancelarii rodzinnej.
Aleksander zmrużył oczy.
— To niemożliwe.
— Jest jeszcze coś.
Mężczyzna obrócił laptop w moją stronę.
Na ekranie widniał zapis z kamery bezpieczeństwa.
Zobaczyłam korytarz kancelarii.
Noc.
Puste biura.
A potem drzwi archiwum otworzyły się.
Do środka wszedł mężczyzna.
Nie widziałam jego twarzy, ale znałam jego sylwetkę.
Znałam sposób, w jaki chodził.
Znałam nawet ten charakterystyczny ruch prawego ramienia.
To był Dominik.
— On tam był — wyszeptałam.
Aleksander przybliżył nagranie.
Mężczyzna odwrócił głowę w stronę kamery.
Na sekundę światło oświetliło jego twarz.
Dominik.
Jednak kilka sekund później na nagraniu pojawiła się druga osoba.
Kobieta.
Zdjęła kaptur.
I wtedy poczułam, że zabrakło mi powietrza.
Bo tę kobietę znałam.
Widziałam ją wiele razy.
Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że może być częścią tego wszystkiego.
Aleksander powiedział cicho:
— Adrianno… to twoja ciotka, która według aktu zgonu nie żyje od dziewiętnastu lat.







No comments yet