Rozrywka

Mąż Zostawił Mnie Z Wcześniakami I Myślał, Że Jestem Bezbronna — Nie Wiedział, Kim Jest Mój Dziadek

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu czuła taki chłód. Nie pochodził z garażu ani z nocnego powietrza wpadającego przez uchyloną bramę. Przeszedł przez całe moje ciało w chwili, gdy usłyszałam słowa Heleny. Leon i Zosia. Moi maleńcy. Leżeli kilkadziesiąt metrów stąd, pod opieką lekarzy, otoczeni aparaturą, która pomagała im oddychać. A Dominik chciał ich zabrać.

— Nie — powiedziałam natychmiast. — Nie pozwolę mu.

Aleksander już wydawał polecenia ochronie.

— Zamknąć wszystkie wyjścia. Nikt nie opuszcza oddziału bez mojej zgody. Zwiększyć ochronę przy neonatologii. Sprawdzić każdy samochód na terenie szpitala.

Szef ochrony wyciągnął telefon.

— A policja?

— Wezwać — odpowiedział Aleksander. — I powiadomić prokuratora.

Helena nagle złapała mnie za ramię.

— Nie możemy czekać.

— Co masz na myśli?


— Jeśli Dominik rzeczywiście zdobył kopie dokumentów, może mieć więcej niż tylko informacje o twojej rodzinie.

— Co jeszcze?

Helena spojrzała na Aleksandra.

— Dane medyczne bliźniąt.

Dziadek zesztywniał.

— Jakie dane?

— Te, których nie powinien mieć.

Poczułam, jak serce zaczyna walić mi w piersi.

— Mów.

Helena westchnęła.


— Kiedy Dominik zlecił badanie genetyczne, nie chodziło mu wyłącznie o ustalenie ojcostwa. Chciał sprawdzić, czy dzieci mają określony marker genetyczny.

— Jaki marker?

Helena milczała.

— Jaki? — powtórzyłam ostrzej.

Aleksander odpowiedział zamiast niej.

— Marker związany z projektem Asteria.

Zrobiło mi się niedobrze.

— Co to znaczy?

— Nie wiemy jeszcze, czy Leon i Zosia go posiadają — powiedział dziadek. — Ale jeśli Dominik to sprawdził, oznacza to, że ktoś poinformował go o istnieniu projektu.

— Kto?


Nikt nie odpowiedział.

Nagle z wnętrza szpitala rozległ się alarm.

Nie zwykły sygnał monitora.

Alarm bezpieczeństwa.

Wszyscy odwróciliśmy się w stronę drzwi.

Szef ochrony odebrał telefon.

— Tak?

Jego twarz zmieniła się w ciągu kilku sekund.

— Co się stało? — zapytał Aleksander.

Ochroniarz spojrzał na mnie.


— Ktoś próbował wejść na oddział neonatologii.

Zamarłam.

— Dominik?

— Nie.

— Natalia?

— Nie wiemy.

— Kto?

— Mężczyzna w fartuchu medycznym. Miał prawidłową kartę dostępu.

Aleksander zacisnął szczękę.

— Zatrzymaliście go?


— Tak. Ale zdążył wejść do strefy dla personelu.

Ruszyłam w stronę drzwi.

— Dzieci!

— Adrianno! — krzyknął dziadek.

Nie zatrzymałam się.

Ból po operacji przeszył mnie przy każdym kroku, ale nawet go nie czułam. Liczyło się tylko jedno. Leon i Zosia.

Kiedy wbiegłam na oddział, zobaczyłam pielęgniarki stojące przy inkubatorach. Jedna z nich trzymała telefon, druga rozmawiała z ochroną.

— Gdzie są dzieci?

— Są bezpieczne — odpowiedziała doktor Zielińska. — Proszę spojrzeć.

Leon nadal leżał w swoim inkubatorze.


Zosia również.

Oboje żyli.

Oboje byli na miejscu.

Dopiero wtedy pozwoliłam sobie nabrać powietrza.

— Kim był ten człowiek?

Doktor Zielińska spojrzała na mnie.

— Twierdził, że został wezwany przez neonatologa.

— Przez którego?

— Przez doktora Pawła Malca.

Odwróciłam się.


Doktor Malec stał kilka metrów dalej.

Był blady.

— Ja nikogo nie wzywałem — powiedział.

W tym momencie dwóch ochroniarzy przeprowadziło mężczyznę przez korytarz.

Miał około pięćdziesięciu lat, siwe włosy i okulary. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak lekarz. Dopiero kiedy znalazł się obok mnie, zauważyłam, że na identyfikatorze widniało inne nazwisko niż na jego dokumentach.

Ochroniarz wyjął z jego kieszeni telefon.

— Znaleźliśmy to.

Na ekranie było zdjęcie mojego syna.

Leona.

Zrobione kilka minut wcześniej.


Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Kto ci kazał zrobić to zdjęcie?

Mężczyzna milczał.

— Odpowiedz jej — powiedział Aleksander, który właśnie wszedł na oddział.

Mężczyzna spojrzał na niego.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Uśmiechnął się.

— Pańska wnuczka w końcu się dowiedziała?

Aleksander zatrzymał się.

— Kim jesteś?


— Kimś, kto wie, dlaczego te dzieci musiały się urodzić.

Podeszłam bliżej.

— Co masz na myśli?

Mężczyzna spojrzał na mnie.

— Twoja ciąża nie była przypadkiem.

Słowa Heleny powróciły do mnie z całą siłą.

— Kto jest ich ojcem?

Mężczyzna pokręcił głową.

— To niewłaściwe pytanie.

— Więc jakie jest właściwe?


— Kto wybrał ich matkę.

Poczułam, że świat zaczyna wirować.

Aleksander podszedł do niego.

— Gdzie jest Dominik?

Mężczyzna uśmiechnął się ponownie.

— Już za późno.

— Na co?

— Nie pojechał po dzieci.

Zrobił krótką pauzę.

— Pojechał po człowieka, który może udowodnić, że cała historia rodziny Wysockich jest kłamstwem.

Helena nagle podeszła do niego.

— Nie.

Mężczyzna spojrzał na nią.

— Wiesz, że mam rację.

— Gdzie on jest? — zapytała.

— W miejscu, którego Aleksander nigdy nie chciał ci pokazać.

Dziadek pobladł.

— Stara klinika?

Mężczyzna skinął głową.

— Pod nią.

Zrobiło mi się zimno.

— Co jest pod starą kliniką?

Mężczyzna spojrzał na mnie.

— Archiwum Asterii.

Aleksander zamknął oczy.

— Nie powinno już istnieć.

— Istnieje.

Mężczyzna pochylił się lekko w moją stronę.

— I właśnie dlatego Dominik nigdy nie chciał się z tobą rozwodzić.

— Co?

— Potrzebował twojego podpisu.

— Do czego?

— Do otwarcia archiwum.

Spojrzałam na dokumenty rozwodowe, które wciąż miałam w torbie.

Nagle zrozumiałam coś, czego wcześniej nie dostrzegłam.

Dominik nie próbował mnie pozbawić majątku.

On próbował sprawić, żebym dobrowolnie podpisała wszystko, czego potrzebował.

A ja podpisałam.

— Dziadku…

Aleksander spojrzał na mnie.

— Co?

Wyjęłam z torby pozew rozwodowy.

— Podpisałam każdą stronę.

Jego twarz nagle stężała.

Prawnik, który właśnie wszedł na oddział, zobaczył dokumenty i natychmiast do mnie podbiegł.

— Pani Adrianno… proszę mi to dać.

Podałam mu teczkę.

Przejrzał kilka stron.

Potem jedną.

Potem kolejną.

W końcu podniósł wzrok.

— Panie Wysocki…

— Co?

Prawnik pobladł.

— To nie jest pozew rozwodowy.

Cisza.

— Co powiedziałeś? — zapytałam.

Mężczyzna odwrócił dokument w moją stronę.

Na ostatniej stronie, drobnym drukiem, znajdował się zapis, którego wcześniej nie zauważyłam.

„Pełnomocnictwo do dysponowania prawami wynikającymi z projektu Asteria”.

Mój podpis znajdował się dokładnie pod nim.

Aleksander spojrzał na mnie z przerażeniem.

— Dominik właśnie dostał to, czego potrzebował.

W tej samej chwili telefon doktora Malca zadzwonił.

Odebrał.

Słuchał przez kilka sekund.

Potem spojrzał prosto na mnie.

— Pani Adrianno… laboratorium zakończyło analizę drugiej próbki.

— I?

Lekarz zbladł.

— Leon i Zosia mają zgodny marker Asterii.

Helena cofnęła się o krok.

A Aleksander wyszeptał:

— W takim razie ktoś przez dziewiętnaście lat czekał właśnie na te dzieci.

No comments yet