Aleksander nie podniósł głosu ani razu. To właśnie przerażało mnie najbardziej. Pamiętałam go z czasów naszego małżeństwa jako człowieka, który potrafił wybuchnąć, rzucić szklanką o ścianę, trzasnąć drzwiami i przez pół nocy chodzić po mieszkaniu, jeśli coś wymknęło mu się spod kontroli. Teraz jednak stał przy oknie zupełnie nieruchomo, z telefonem przy uchu, i mówił krótkimi zdaniami do kogoś, kogo nazwał tylko „Marek”. Nie pytał, czy można coś zrobić. Wydawał polecenia. Poprosił o zabezpieczenie nagrań z hotelowych korytarzy, listę pracowników nocnej zmiany, rejestr kart otwierających apartament nowożeńców oraz nazwiska osób, które korzystały z prywatnej windy prowadzącej na najwyższe piętro. Kiedy się rozłączył, spojrzał na mnie.
— Musimy zawieźć ją do lekarza.
Zofia natychmiast zesztywniała.
— Nie.
Aleksander uklęknął przed nią.
— Posłuchaj mnie. Nie chodzi tylko o leczenie. Potrzebujemy dokumentacji obrażeń.
— Oni powiedzieli, że jeśli pójdę na policję…
— Nie idziemy jeszcze na policję.
Uniosłam głowę.
— Jeszcze?
Aleksander spojrzał na mnie tak, jakby ważył każde słowo.
— Najpierw zabezpieczymy dowody. Jeśli Rogalscy naprawdę mają takich znajomych, jakich podejrzewam, nie możemy pozwolić, żeby cokolwiek zniknęło.
Zofia wpatrywała się w ojca szeroko otwartymi oczami. Dopiero wtedy zauważyłam, że trzyma kurczowo zaciśniętą prawą dłoń. Jej palce były tak mocno wbite w skórę, że zbielały.
— Co masz w ręce? — zapytałam.
Zofia drgnęła. Powoli otworzyła dłoń. Leżał w niej mały złoty guzik z wygrawerowaną literą „R”.
Aleksander wyciągnął rękę, ale nie dotknął przedmiotu.
— Skąd to masz?
— Oderwał się od płaszcza jednej z tych kobiet, kiedy próbowałam się wyrwać.
— Poznałabyś ją?
Zofia pokiwała głową.
— To była ciotka Jakuba. Teresa. Siedziała przy naszym stole podczas wesela.
Pamiętałam ją. Niska kobieta około pięćdziesiątki, z idealnie ułożonymi włosami i rubinowym naszyjnikiem. Przez całe wesele niemal się nie odzywała, ale obserwowała Zofię z dziwnym skupieniem. Wtedy uznałam, że jest po prostu chłodna. Teraz przypomniałam sobie coś jeszcze. Kiedy fotograf robił rodzinne zdjęcia, Teresa szepnęła Karolinie coś do ucha, a obie spojrzały w stronę mojej córki. Karolina uśmiechnęła się wtedy i powiedziała: „Po dzisiejszej nocy wszystko będzie już załatwione”.
Serce zabiło mi mocniej.
— Aleksander, ja coś słyszałam na weselu.
Opowiedziałam mu o tych słowach. Jego twarz stwardniała.
— Czyli to nie była spontaniczna awantura.
Zofia zaczęła płakać.
— Oni to zaplanowali.
Przyciągnęłam ją do siebie, ale Aleksander nie spuszczał wzroku z guzika.
— Możliwe, że planowali coś więcej niż pobicie.
Pół godziny później jechaliśmy przez prawie puste ulice Warszawy do prywatnej kliniki na Ochocie. Aleksander zadzwonił wcześniej do lekarza, którego znał podobno jeszcze z czasów studiów. Nie pytałam, ilu ludzi znał ani czym dokładnie zajmował się przez ostatnie dziesięć lat. Wiedziałam tylko, że przy wejściu czekał na nas osobiście ordynator, a rejestracja odbyła się bez wpisywania nazwiska Zofii do publicznego systemu widocznego dla innych placówek. Lekarz obejrzał obrażenia bardzo dokładnie. Każdy siniak został sfotografowany, każda rana opisana, a rozdarta suknia zapakowana do osobnego worka. Kiedy lekarz dotarł do śladów na nadgarstkach Zofii, zmarszczył brwi.
— Te otarcia nie powstały od chwytania rękami.
Aleksander podszedł bliżej.
— Od czego?
— Wyglądają jak ślady po plastikowych opaskach zaciskowych.
Zofia zbladła.
— Oni związali mi ręce.
Spojrzałam na nią w osłupieniu.
— Nie powiedziałaś nam.
— Nie pamiętałam wszystkiego. Wszystko było… pomieszane.
Lekarz podał jej wodę.
— To normalne po silnym stresie.
Zofia zamknęła oczy, próbując oddychać spokojniej.
— Kiedy Karolina zobaczyła, że nadal odmawiam, Teresa powiedziała, żeby przynieść dokumenty. Jedna z kobiet wyjęła teczkę. Był tam akt darowizny mieszkania. Wszystko już wydrukowane. Nawet moje dane.
Aleksander znieruchomiał.
— Akt darowizny na kogo?
Zofia otworzyła oczy.
— Nie na Karolinę.
W pokoju zrobiło się nagle zupełnie cicho.
— Na kogo? — zapytałam.
— Na spółkę.
Aleksander przysunął krzesło.
— Jaką spółkę?
— Nie pamiętam całej nazwy. Coś z „Baltic”… Baltic Invest albo Baltic Development. Karolina powiedziała, że to tylko formalność i że po podpisaniu wszystko pozostanie „w rodzinie”.
Aleksander spojrzał na mnie. Pierwszy raz tej nocy zobaczyłam na jego twarzy nie tylko gniew, lecz prawdziwy niepokój.
— Znasz tę nazwę? — spytałam.
Nie odpowiedział od razu.
— Niestety.
Zofia poderwała głowę.
— Co to znaczy?
Aleksander przeszedł kilka kroków po gabinecie.
— Kilka lat temu Baltic Development pojawiło się przy przejęciu dwóch kamienic w centrum Warszawy. Starsi właściciele podpisali dokumenty, których podobno nie rozumieli. Potem mieszkania sprzedano dalej przez łańcuch spółek.
— To oszuści? — wyszeptała Zofia.
— Nigdy im tego nie udowodniono.
Telefon Aleksandra zawibrował. Spojrzał na ekran i natychmiast odebrał.
— Mów.
Słuchał przez kilkanaście sekund. Jego twarz robiła się coraz bardziej napięta.
— Jesteś pewien?
Krótka cisza.
— Wyślij mi wszystko. Natychmiast.
Rozłączył się.
— Co się stało? — zapytałam.
Aleksander spojrzał najpierw na Zofię, potem na mnie.
— Marek zdobył rejestr wejść do apartamentu.
— I?
— Oficjalnie do pokoju weszło sześć kobiet.
Zofia pokiwała głową.
— Tak.
— Ale kamera przy windzie pokazuje siedem.
Zofia zmarszczyła brwi.
— Nie. Było sześć. Jestem pewna.
Aleksander położył telefon na stole i powiększył przesłane zdjęcie. Na czarno-białym kadrze widziałam Karolinę, Teresę i cztery inne kobiety. Kilka metrów za nimi szła jeszcze jedna osoba w ciemnym płaszczu, z twarzą częściowo zasłoniętą szalikiem.
Aleksander przesunął palcem po ekranie.
— Ta kobieta weszła do apartamentu dwie minuty później.
— Ja jej nie widziałam — powiedziała Zofia.
— Bo wyszła po czterech minutach.
Przyjrzałam się zdjęciu dokładniej. Coś w sposobie, w jaki trzymała głowę, wydało mi się niepokojąco znajome.
— Powiększ.
Aleksander zrobił to.
Kiedy zobaczyłam twarz kobiety odbitą w lustrzanej ścianie windy, poczułam, jak całe moje ciało sztywnieje.
Znałam ją.
Nie widziałam jej od prawie piętnastu lat.
Ale nie mogłam się mylić.
— To niemożliwe — wyszeptałam.
Aleksander spojrzał na mnie.
— Kto to?
Przez chwilę nie byłam w stanie odpowiedzieć.
— Twoja matka.
Aleksander zamarł.
Jego matka, Helena, kobieta, przez którą nasze małżeństwo przez lata zamieniało się w piekło, oficjalnie od dawna mieszkała w Szwajcarii i nie utrzymywała kontaktu ani ze mną, ani z Zofią.
A jednak kamera hotelowa pokazywała ją wyraźnie.
W noc ślubu naszej córki weszła do apartamentu kilka minut przed tym, jak zaczęło się bicie.
I nagle zrozumiałam, że sprawa Rogalskich mogła mieć początek znacznie wcześniej, niż ktokolwiek z nas przypuszczał.







No comments yet