Przez jedną sekundę nikt się nie poruszył.
Potem zza drzwi piwnicy znów dobiegło uderzenie.
Słabsze niż poprzednie.
— Proszę... — odezwał się dziecięcy głos.
Emilia zachwiała się na nogach.
Ryszard zdążył ją podtrzymać, zanim upadła.
— Kto tam jest? — zapytał.
Emilia spojrzała na niego jedynym okiem, które nie było niemal całkowicie opuchnięte.
W jej twarzy zobaczył coś gorszego niż ból.
Wstyd.
— Dziewczynka.
Adrian nagle rzucił się w stronę schodów.
— Nie macie prawa tam wchodzić!
Daniel Mazur natychmiast przesunął się przed niego.
— Proszę się nie ruszać.
— To mój dom!
— A za tymi drzwiami jest dziecko wołające o pomoc.
Mazur skinął na dwóch funkcjonariuszy, którzy właśnie wbiegli do holu.
Jeden z nich zakuł Adriana w kajdanki.
Drugi podszedł do drzwi piwnicy.
Były zamknięte elektronicznym zamkiem.
— Kod — powiedział Mazur.
Adrian milczał.
— Pytam ostatni raz.
Adrian zaśmiał się cicho.
— Nie ma pan pojęcia, w co się pan miesza.
Ryszard poczuł, jak Emilia zaciska palce na jego rękawie.
— Tato... klucz.
— Jaki klucz?
— W jego lewej kieszeni.
Policjant przeszukał Adriana.
Po chwili wyjął niewielki czarny brelok z magnetycznym znacznikiem.
Uśmiech zniknął z twarzy Adriana.
Zamek zapiszczał.
Drzwi otworzyły się.
Z piwnicy uderzył chłód.
Ryszard spodziewał się kotłowni albo magazynu.
Zamiast tego zobaczył wąski korytarz wyłożony jasnymi panelami, oświetlony zimnym, białym światłem.
Na końcu znajdowały się kolejne drzwi.
Za nimi ktoś płakał.
Mazur ruszył pierwszy.
Ryszard chciał iść za nim, ale Emilia ścisnęła jego dłoń.
— Nie zostawiaj mnie.
Spojrzał na córkę.
Pułkownik, który przez większość życia nauczył się reagować na zagrożenie szybciej niż inni, po raz pierwszy od dawna nie wiedział, w którą stronę powinien ruszyć.
Do dziecka.
Czy zostać przy własnej córce.
Mazur rozwiązał ten dylemat.
— Zostań z nią. My to sprawdzimy.
Kilka sekund później z głębi piwnicy dobiegł okrzyk funkcjonariusza.
— Komendancie!
Potem:
— Pogotowie! Natychmiast!
Adrian przestał się uśmiechać.
Ryszard zauważył to od razu.
Nie przestraszyły go kajdanki.
Nie przestraszyła go broń.
Dopiero słowo „pogotowie” sprawiło, że pobladł.
Ratownicy medyczni wbiegli do domu niemal w tej samej chwili.
Dwóch zajęło się Emilią.
Kiedy próbowali posadzić ją na krześle, syknęła z bólu.
— Prawdopodobne złamanie żeber — powiedział jeden z nich. — Musimy ją zabrać do szpitala.
— Najpierw dziecko — wyszeptała Emilia.
— Zajmie się nim drugi zespół.
Nagle z piwnicy wyszedł policjant.
Na rękach niósł drobną dziewczynkę.
Mogła mieć najwyżej osiem lat.
Była boso.
Miała na sobie za dużą szarą bluzę.
Przycisnęła do piersi małego pluszowego królika, któremu brakowało jednego ucha.
Kiedy zobaczyła Adriana, całe jej ciało zesztywniało.
Schowała twarz w ramieniu funkcjonariusza.
— Nie — wyszeptała. — Nie oddawajcie mnie panu Adrianowi.
W holu zapadła cisza.
Adrian spuścił wzrok.
Ryszard spojrzał na Emilię.
Po jej policzku spłynęła łza.
— Jak ma na imię? — zapytał.
— Lena.
— Kim ona jest?
Emilia otworzyła usta.
Ale nie odpowiedziała.
Zamiast niej odezwał się Adrian.
— Nie słuchajcie jej. Emilia jest niestabilna. Od miesięcy ma problemy emocjonalne. Mam dokumentację.
Mazur odwrócił się tak gwałtownie, że Adrian natychmiast zamilkł.
— Od tej chwili nie mówi pan ani słowa bez adwokata.
— Daniel...
— Dla pana: komendant Mazur.
Adrian zmrużył oczy.
— Przecież wiesz, komu zawdzięczasz stanowisko.
Ryszard spojrzał na Mazura.
To zdanie nie zabrzmiało jak blef.
Komendant również to wiedział.
— I właśnie dlatego sam tu przyjechałem — odpowiedział spokojnie.
Po raz pierwszy tego dnia Ryszard zobaczył na twarzy Adriana prawdziwy strach.
Policjanci wyprowadzili go na zewnątrz.
Przed rezydencją stały już trzy radiowozy, dwie karetki i samochód grupy dochodzeniowo-śledczej.
Sąsiedzi wychodzili przed domy.
Telefony zaczęły pojawiać się w ich dłoniach.
Idealny świat Adriana Kowalskiego rozpadał się na oczach całej ulicy.
Ryszard jednak patrzył tylko na Emilię.
— Dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałaś o Lenie?
Emilia zacisnęła powieki.
— Bo obiecałam jej, że najpierw znajdę dowód.
— Dowód czego?
Emilia spojrzała w stronę otwartych drzwi piwnicy.
— Że ona nie była pierwsza.
Ryszard poczuł lodowaty ucisk w żołądku.
Mazur wrócił z piwnicy z przezroczystym workiem dowodowym.
W środku znajdował się niewielki zewnętrzny dysk.
— Pułkowniku — powiedział cicho. — Muszę z panem porozmawiać.
— O czym?
Mazur zerknął na Emilię, a potem ściszył głos.
— W piwnicy nie znaleźliśmy tylko pokoju, w którym trzymano dziecko.
— Co jeszcze?
Komendant spojrzał na dysk.
— Serwerownię.
Ryszard zmarszczył brwi.
Adrian prowadził firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem.
Serwerownia w jego domu sama w sobie nie była niczym dziwnym.
Ale Mazur wyglądał tak, jakby właśnie zobaczył coś, czego wolałby nigdy nie znaleźć.
— Jeden z komputerów był włączony — ciągnął. — Na ekranie widniała lista nazwisk.
— Jakich nazwisk?
Mazur milczał przez moment.
— Policjantów. Prokuratorów. Urzędników. Ludzi z dużych firm.
Ryszard spojrzał w stronę radiowozu, do którego wsadzono Adriana.
— Łapówki?
— Nie wiem.
— Szantaż?
— Tego też jeszcze nie wiem.
Mazur zacisnął szczękę.
— Ale przy kilku nazwiskach były foldery ze zdjęciami, nagraniami i datami płatności.
Emilia nagle podniosła głowę.
— Dlatego mnie bił.
Ryszard odwrócił się do niej.
— Co?
— Dziś rano znalazłam ten serwer.
Jej głos drżał.
— Adrian przyłapał mnie, kiedy kopiowałam pliki.
— Gdzie jest kopia?
Emilia spojrzała ojcu prosto w oczy.
— Nie tutaj.
Ryszard poczuł, że zna ten wyraz twarzy.
Widział go u ludzi, którzy wiedzieli, że wykonali niebezpieczny ruch i nie mogą go już cofnąć.
— Gdzie ją wysłałaś?
Emilia chciała odpowiedzieć.
Wtedy telefon Daniela Mazura zadzwonił.
Spojrzał na ekran.
Cała twarz mu pobladła.
— Co się stało? — zapytał Ryszard.
Mazur nie odpowiedział od razu.
Odwrócił ekran w jego stronę.
Na wyświetlaczu widniała wiadomość z nieznanego numeru.
Tylko jedno zdanie.
**Oddajcie dysk i dziewczynkę, a córka pułkownika dożyje jutra.**
Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet