Przez kilka sekund Ryszard patrzył na pustą salę, jakby jego umysł odmawiał przyjęcia tego, co widziały oczy.
Jeszcze kilkanaście minut wcześniej Lena była otoczona policjantami, lekarzami i personelem szpitala.
Teraz zniknęła.
Na łóżku pozostała tylko kartka.
**Teraz wiecie, że mówiliśmy poważnie.**
Mazur wyrwał krótkofalówkę z pasa.
— Zamknąć wszystkie wyjścia ze szpitala. Garaż, wejście dla personelu, podjazd karetek. Nikt nie opuszcza budynku bez sprawdzenia.
— Komendancie, szpital ma pięć kondygnacji i setki ludzi...
— Wiem, jaki to budynek! — warknął Mazur. — Zaginęło dziecko objęte ochroną policyjną.
Ryszard przykucnął przy łóżku.
Nie dotknął kartki ponownie.
Obok leżał królik Leny.
Jedno ucho było urwane.
Drugie miało na szwie niewielką brunatną plamę.
Ryszard przyjrzał się jej.
— Daniel.
Mazur podszedł.
— Co?
— Dziewczynka cały czas trzymała tę zabawkę.
— Tak.
— Nie zostawiłaby jej dobrowolnie.
Mazur spojrzał na królika.
— Czyli ktoś ją zmusił.
Ryszard podniósł wzrok.
— Albo była zbyt przestraszona, żeby po niego wrócić.
Do sali wbiegła pielęgniarka oddziałowa.
— Monitoring.
— Co z nim? — zapytał Mazur.
— O trzynastej pięćdziesiąt siedem przestały działać kamery w tym skrzydle.
Mazur zesztywniał.
— Wszystkie?
— Przez jedenaście minut.
Ryszard spojrzał na zegarek.
— Lena zniknęła właśnie wtedy.
Mazur zaklął pod nosem.
Cyberbezpieczeństwo.
Firma Adriana.
Ludzie potrafiący wejść do systemów, których wejść nie powinni.
To nie wyglądało już jak improwizowane porwanie.
Ktoś przygotował operację.
— Sprawdźcie monitoring poza oddziałem — powiedział Ryszard. — Windy, parking, sąsiednie budynki, kamery miejskie.
Mazur spojrzał na niego.
— Już to robię.
Ryszard wrócił do sali Emilii.
Kiedy zobaczyła jego twarz, nie musiał nic mówić.
— Zabrali ją.
Ryszard usiadł obok łóżka.
— Szukamy jej.
— Obiecałam jej.
— Emilia...
— Obiecałam, że już nigdy nie wróci do zamkniętego pokoju.
Głos jej się załamał.
— Spojrzała na mnie i zapytała, czy naprawdę może mi ufać.
Ryszard położył dłoń na jej ręce.
— To nie ty ją zabrałaś.
— Ale przeze mnie ją znaleźli.
— Nie wiesz tego.
Emilia spojrzała na niego.
— Wiem.
— Skąd?
Milczała przez kilka sekund.
Potem wyszeptała:
— Bo dziś rano Adrian powiedział mi coś, czego wcześniej nie rozumiałam.
— Co?
— Powiedział: „Jeśli otworzysz nie ten plik, dziecko zniknie drugi raz”.
Ryszard poczuł, jak włosy na karku stają mu dęba.
— Drugi raz?
Emilia skinęła głową.
— Myślałam, że chodzi o piwnicę.
— A teraz?
— Teraz myślę, że Lena została komuś zabrana jeszcze zanim trafiła do naszego domu.
Ryszard przez chwilę nic nie mówił.
— Powiedziała ci coś o rodzinie?
— Bardzo mało. Bała się.
— Nazwisko?
— Nie.
— Miejscowość?
— Nie.
Emilia zamknęła oczy, próbując sobie przypomnieć.
— Powiedziała kiedyś, że jej mama śpiewała jej piosenkę o morzu.
Ryszard czekał.
— I że wcześniej mieszkały w domu, z którego było widać czerwony dach kościoła.
To było za mało.
W Polsce były tysiące takich miejsc.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Mazur wszedł razem z młodym funkcjonariuszem trzymającym tablet.
— Mamy coś.
Na ekranie widniało nagranie z kamery przy bocznym wyjściu szpitala.
Godzina 14:19.
Na obrazie pojawił się mężczyzna w stroju sanitariusza pchający wózek transportowy.
Na wózku siedziała Lena.
Miała na sobie szpitalny koc.
Głowę trzymała opuszczoną.
— Powiększ — powiedział Ryszard.
Funkcjonariusz zatrzymał obraz.
Twarz mężczyzny częściowo zasłaniała maseczka.
Ale identyfikator był widoczny.
**Marek Lis.**
Pielęgniarka stojąca za nimi natychmiast pokręciła głową.
— Nie znam takiego pracownika.
— Sprawdziliśmy — powiedział policjant. — Nie istnieje w systemie szpitala.
Nagranie ruszyło dalej.
Mężczyzna popchnął wózek w stronę białego samochodu dostawczego.
Po drugiej stronie pojazdu stała kobieta.
Długie ciemne włosy.
Beżowy płaszcz.
Twarz odwrócona od kamery.
Kiedy Lena ją zobaczyła, nagle poderwała głowę.
A potem wydarzyło się coś, czego nikt w pokoju się nie spodziewał.
Dziewczynka wyciągnęła do niej ręce.
Emilia wstrzymała oddech.
— Cofnij.
Nagranie wróciło o kilka sekund.
Kobieta uklękła.
Lena rzuciła się jej na szyję.
Nie wyglądała jak dziecko witające porywacza.
— Ona ją zna — powiedział Ryszard.
Mazur zmarszczył brwi.
— Wygląda na to.
Emilia zaczęła płakać.
— Boże...
— Co? — zapytał ojciec.
— Powiększ twarz kobiety.
Funkcjonariusz spróbował.
Obraz był niewyraźny.
Ale profil wystarczył.
Emilia przycisnęła dłoń do ust.
— Widziałam ją.
Ryszard odwrócił się.
— Gdzie?
— W plikach Adriana.
Mazur podszedł bliżej.
— Jesteś pewna?
— Tak.
— Kim jest?
— Nie wiem.
Emilia oddychała coraz szybciej.
— Ale jej zdjęcie było w folderze oznaczonym „K-17”.
Mazur zapisał oznaczenie.
— Co było w tym folderze?
— Zdjęcia. Przelewy. Nagrania rozmów.
— Czy Adrian pojawiał się na nich?
— Nie tylko on.
Zapadła cisza.
— Kto jeszcze? — zapytał Ryszard.
Emilia spojrzała na Mazura.
— Widziałam człowieka w policyjnym mundurze.
Komendant zesztywniał.
— Kogo?
— Nie widziałam twarzy. Tylko rękaw i dystynkcje.
Mazur opuścił wzrok.
— Jakie?
Emilia powiedziała mu.
Kolor odpłynął z jego twarzy.
Ryszard zauważył to natychmiast.
— Co oznaczają?
Mazur długo milczał.
— To nie był zwykły policjant.
— Daniel.
— Oficer wysokiego szczebla.
Emilia zacisnęła palce na prześcieradle.
— Dlatego Adrian był taki pewny, że nic mu się nie stanie.
Telefon Mazura zawibrował.
Komendant spojrzał na ekran.
— Mamy samochód.
Biała furgonetka została uchwycona przez kamerę drogową siedem kilometrów od szpitala.
Tablice rejestracyjne okazały się skradzione.
Ale kamera na stacji benzynowej zarejestrowała bok pojazdu wystarczająco dokładnie, by dostrzec niewielkie logo pod warstwą białej folii.
Technik powiększył zdjęcie.
Trzy litery.
**AKS.**
Emilia spojrzała na ekran.
— Adrian Kowalski Systems.
Mazur natychmiast wydał polecenie sprawdzenia wszystkich pojazdów należących do firmy.
Ryszard jednak wciąż patrzył na nagranie.
Na kobietę tulącą Lenę.
Coś się nie zgadzało.
— Jeśli oni chcieli odzyskać dziewczynkę — powiedział — dlaczego przyprowadzili do niej kobietę, której ufa?
Mazur spojrzał na niego.
— Żeby nie krzyczała.
— Być może.
Ryszard wskazał ekran.
— Ale ta kobieta też się boi.
— Skąd pan wie?
— Spójrz na jej lewą rękę.
Powiększyli obraz.
Kobieta obejmowała Lenę prawą ręką.
Lewą trzymała nieruchomo przy boku.
Palce były zaciśnięte.
A między nimi znajdował się niewielki biały przedmiot.
Kartka.
Na kolejnym ujęciu, kiedy sanitariusz otwierał drzwi furgonetki, kobieta na sekundę odwróciła się w stronę kamery.
I celowo upuściła kartkę na ziemię.
Mazur natychmiast zadzwonił do patrolu znajdującego się najbliżej szpitala.
Dwanaście minut później kartkę zabezpieczono.
Zdjęcie jej zawartości przyszło na telefon komendanta.
Ryszard przeczytał wiadomość pierwszy.
Pismo było nierówne.
Jakby ktoś pisał w pośpiechu.
**Nazywam się Marta Zielińska. Lena jest moją córką. Nie ufajcie policji. Adrian ma nagrania, ale Wolski ma ludzi. Magazyn 14.**
Mazur pobladł.
— Wolski.
Prawnik Adriana.
Ryszard spojrzał na zegar.
16:47.
Do automatycznej wysyłki plików Emilii pozostawała godzina i trzynaście minut.
Wtedy jej telefon, zabezpieczony wcześniej przez policję, nagle rozświetlił się na stoliku.
Na ekranie pojawiła się jedna wiadomość.
Bez numeru.
Bez podpisu.
Tylko fotografia.
Lena i Marta siedziały obok siebie na betonowej podłodze.
Za nimi widoczny był żółty numer namalowany na metalowej ścianie.
**14.**
Pod zdjęciem znajdowało się zdanie:
**Emilia ma do 18:00, żeby zatrzymać wysyłkę. Potem wybierzecie, którą z nich chcecie odzyskać.**
Ryszard spojrzał na córkę.
Emilia otarła łzę.
A potem powiedziała coś, czego nie spodziewał się usłyszeć.
— Nie zatrzymam jej.
— Emilio...
— Jeśli wyłączę wysyłkę, Adrian wygra.
— Mogą zabić Martę i Lenę.
— Wiem.
Jej głos drżał.
Ale decyzja w jej oczach była już podjęta.
— Dlatego mamy siedemdziesiąt trzy minuty, żeby znaleźć Magazyn 14.
Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.







No comments yet