Rozrywka

Moja córka wyszeptała: „Tato, on znowu mnie skrzywdził”. Dwadzieścia minut później wszedłem do domu mojego zięcia

Daniel Mazur patrzył na świecący ekran telefonu leżącego na betonowej podłodze.

**Majewski tu jest. Mazur też.**

Bartek stał nieruchomo z uniesionymi rękami.

— Broń — powiedział Mazur.

Drugi funkcjonariusz wyjął pistolet z kabury Bartka.

— Telefon do worka dowodowego.

— Komendancie, mogę wyjaśnić...

— Za chwilę.

Mazur podszedł tak blisko, że dzieliło ich mniej niż pół metra.

— Najpierw odpowiesz na jedno pytanie. Gdzie są dziewczynka i jej matka?


Bartek milczał.

Ryszard spojrzał na zegarek.

17:35.

Dwadzieścia pięć minut.

— Nie mamy czasu na przedstawienie — powiedział.

Bartek zerknął na niego.

— Pan nie rozumie, pułkowniku.

— Więc mi wyjaśnij.

— Oni wiedzą wszystko.

— „Oni” to kto?


Bartek spuścił wzrok.

Mazur chwycił go za kurtkę.

— Piotr Wolski?

Brak odpowiedzi.

— Adrian?

Bartek zaśmiał się gorzko.

— Adrian?

Spojrzał na nich obu.

— Wy naprawdę myślicie, że Adrian Kowalski jest najważniejszym człowiekiem w tej historii?

Ryszard poczuł nieprzyjemny chłód.


— Mów.

— Adrian budował system. Zbierał informacje. Nagrania. Długi. Romanse. Łapówki. Wszystko, czym można sterować ludźmi.

— Dla kogo?

Bartek potrząsnął głową.

— Nie znam wszystkich.

— Ale znasz Wolskiego.

Tym razem milczenie było odpowiedzią.

Mazur wskazał telefon.

— Do kogo wysłałeś wiadomość?

— Numer zmienia się każdego dnia.


— Gdzie zabrali Lenę?

— Nie wiem.

Mazur zacisnął szczękę.

— Zła odpowiedź.

— Naprawdę nie wiem!

Głos Bartka po raz pierwszy się załamał.

— Dostaję tylko polecenia. Godzinę. Miejsce. Co mam zrobić.

Ryszard obserwował go uważnie.

Nie widział fanatyka.

Widział przerażonego człowieka.


— Czym cię trzymają?

Bartek pobladł.

To wystarczyło.

— Masz rodzinę? — zapytał Ryszard.

Bartek zamknął oczy.

— Syn ma siedemnaście lat.

Mazur puścił jego kurtkę.

— Co mają na twojego syna?

— Nic.

Bartek otworzył oczy.


— Mają jego adres. Plan szkoły. Zdjęcia z treningów.

W hali zrobiło się cicho.

— Dwa lata temu próbowałem odejść — ciągnął. — Następnego dnia dostałem zdjęcie syna śpiącego w swoim pokoju.

Mazur patrzył na niego bez słowa.

— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś?

— Bo wiadomość kończyła się zdaniem: „Mazur też ma rodzinę”.

Ryszard spojrzał na komendanta.

Sieć była zbudowana nie tylko na pieniądzach.

Strach był znacznie skuteczniejszy.

— Pomóż nam teraz — powiedział Ryszard. — Inaczej Lena może nie dostać drugiej szansy.


Bartek spojrzał na zegarek.

17:38.

— Telefon.

— Co z nim?

— Jeśli wysłałem potwierdzenie, powinna przyjść następna instrukcja.

Mazur wyjął urządzenie z worka, trzymając je przez materiał dowodowy.

Ekran rozświetlił się.

Nowa wiadomość.

**Zmiana planu. Punkt B. 17:52.**

Pod spodem znajdowały się współrzędne.


Jeden z funkcjonariuszy wprowadził je do mapy.

Na ekranie pojawił się teren starego centrum logistycznego kilkanaście kilometrów dalej.

— Jedenaście minut samochodem — powiedział.

Ryszard ruszył w stronę wyjścia.

— Pułkowniku.

Mazur go zatrzymał.

— To może być druga pułapka.

— Oczywiście, że może.

— Więc tym razem robimy to inaczej.

Mazur wskazał Bartka.


— Oni oczekują, że pojedzie sam?

Bartek skinął głową.

— Mam potwierdzić, że wy zostaliście w magazynie.

Mazur spojrzał na Ryszarda.

Kilka sekund później plan był gotowy.

Bartek pojedzie swoim samochodem.

Bez kajdanek.

Bez widocznej eskorty.

Telefon zostanie przy nim.

Dwa nieoznakowane auta ruszą kilka minut później inną trasą.


O 17:49 samochód Bartka wjechał na teren starego centrum logistycznego.

Ryszard i Mazur obserwowali wszystko z odległości kilkuset metrów.

Przed halą oznaczoną literą B stała czarna furgonetka.

Tym razem drzwi były otwarte.

Bartek wysiadł.

Podszedł do hali.

Telefon zawibrował.

**Wejdź sam.**

Bartek spojrzał w stronę drogi.

Nie mógł zobaczyć Ryszarda.

Ale wiedział, że tam jest.

Wszedł.

Minęło trzydzieści sekund.

Potem minuta.

Nagle w słuchawce Mazura rozległ się szept.

— Są tutaj.

— Kto?

— Kobieta i dziecko.

Ryszard zacisnął dłonie.

— Żyją?

— Tak.

W tle rozległ się męski głos.

— Z kim rozmawiasz?

Połączenie urwało się.

Mazur podniósł rękę.

— Wchodzimy.

Ruszyli.

Tylne drzwi hali zostały otwarte niemal bezgłośnie.

W środku panował półmrok.

Ryszard zobaczył Bartka klęczącego na podłodze.

Kilka metrów dalej siedziały Marta i Lena.

Obie miały związane ręce.

Obok nich stał uzbrojony mężczyzna.

Drugi trzymał Bartka na muszce.

— Policja! Broń na ziemię!

Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund.

Pierwszy mężczyzna rzucił broń.

Drugi zawahał się.

Mazur wycelował.

— Nie rób tego.

Mężczyzna spojrzał na Lenę.

Potem na wyjście.

W końcu opuścił pistolet.

Ryszard dopadł do dziewczynki.

Lena wtuliła się w Martę.

— Już dobrze — powiedział cicho. — Zabieramy was stąd.

Marta patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.

— Pan jest ojcem Emilii?

— Tak.

— Musimy wrócić do niej.

— Najpierw jesteście bezpieczne.

Marta gwałtownie pokręciła głową.

— Nie rozumie pan.

Spojrzała na zegarek na ścianie.

17:56.

— Jeśli pliki zostaną wysłane o osiemnastej, zaczną usuwać ludzi.

— Kogo?

— Świadków.

Ryszard zesztywniał.

— Skąd to wiesz?

Marta spojrzała na zatrzymanych mężczyzn.

Potem ściszyła głos.

— Bo przez prawie cztery lata pracowałam dla Piotra Wolskiego.

Mazur podszedł bliżej.

— W jakim charakterze?

— Prowadziłam część jego księgowości.

— I dlatego zabrali pani córkę?

Łzy napłynęły jej do oczu.

— Kiedy odkryłam, czym naprawdę są niektóre płatności, próbowałam odejść.

Spojrzała na Lenę.

— Zabrali ją, żeby mnie uciszyć.

Ryszard poczuł gniew, ale nie pozwolił mu przejąć kontroli.

— Kim jest człowiek nad Wolskim?

Marta patrzyła na niego przez kilka sekund.

— Nie znam nazwiska.

— Ale coś pani wie.

— Znam oznaczenie, którego używali.

Mazur wyjął notes.

— Jakie?

Marta odpowiedziała cicho:

— „Orzeł”.

Ryszard zmarszczył brwi.

— Co to znaczy?

— Nie wiem. Ale kiedy pojawiał się „Orzeł”, wszyscy milczeli. Nawet Adrian.

Telefon Mazura zawibrował.

17:58.

Wiadomość od funkcjonariusza pilnującego Emilii w szpitalu.

**Ktoś próbował dostać się do jej sali z fałszywą kartą lekarza. Zatrzymany.**

Ryszard poderwał głowę.

Marta pobladła.

— Zaczęli.

— Jeszcze nie ma osiemnastej.

— Nie muszą czekać.

Mazur spojrzał na nią.

— Skąd wiedzą, że Emilia nie zatrzyma wysyłki?

Marta zawahała się.

— Bo jeden z odbiorców powinien potwierdzić jej anulowanie.

— Który?

— Dziennikarz?

— Nie.

— Prokurator?

Marta pokręciła głową.

— Trzeci.

Ryszard poczuł, jak żołądek mu się zaciska.

— Kim jest trzeci odbiorca?

Marta otworzyła usta.

W tym samym momencie telefon Ryszarda zadzwonił.

Emilia.

Odebrał natychmiast.

— Tato?

— Lena i Marta są z nami. Żyją.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Potem Emilia rozpłakała się z ulgą.

— Dzięki Bogu.

— Emilio, muszę wiedzieć, kto jest trzecim odbiorcą.

Cisza.

— Dlaczego?

— Bo Wolski twierdzi, że jedna z tych osób pracuje dla niego.

Ryszard usłyszał, jak córka gwałtownie nabiera powietrza.

— To niemożliwe.

— Kto to?

— Tato...

Zegar na ścianie wskazywał 17:59.

— Emilia.

— Trzecim odbiorcą jest człowiek, któremu ufałeś przez ponad trzydzieści lat.

Ryszard zamarł.

Emilia wypowiedziała nazwisko.

I nagle zrozumiał, dlaczego „Orzeł” brzmiał znajomo.

Nie było to przypadkowe określenie.

Był to dawny kryptonim operacyjny generała Marka Orłowskiego.

Człowieka, który przez lata był przełożonym Ryszarda.

Jego mentorem.

I ojcem chrzestnym Emilii.

Na zegarze pojawiła się godzina 18:00.

Telefon Emilii wydał krótki sygnał.

Automatyczna wysyłka właśnie się rozpoczęła.

Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet