Rozrywka

Na urodzinach ojca mój brat ogłosił, że spłacił rodzinny dom. Chwilę później bank zadzwonił w sprawie kredytu na 480 000 zł pod mój podpis

Ojciec przeczytał wezwanie jeszcze raz.

Potem trzeci.

Jakby za każdym razem miał nadzieję, że liczby zmienią się same.

1 240 000 zł.

— To nie może być prawda — powiedział w końcu.

Mężczyzna, który dostarczył dokumenty, wzruszył lekko ramionami.

— Ja tylko doręczam.

— Kto jest wierzycielem? — zapytałam.

Wskazał nazwę na pierwszej stronie.

Northbridge Capital.


Nie znałam jej.

Ojciec również nie.

— To bank? — zapytała Aneta.

— Fundusz finansowy — odpowiedział mężczyzna. — Resztę wyjaśni państwu kancelaria prowadząca sprawę.

Po kilku minutach wyszli.

Zostaliśmy w biurze sami.

Ojciec nadal stał z papierami w dłoniach.

— Piotr nie zrobiłby czegoś takiego.

Spojrzałam na niego.

— Tato, mamy przed sobą dokumenty.


— Dokumenty można podrobić.

— Właśnie.

Zamilkł.

Po raz pierwszy zobaczyłam, że naprawdę zaczyna rozumieć skalę problemu.

Nie chodziło już o jeden fałszywy podpis.

Nie chodziło nawet o mój dom.

Jeżeli wszystko, co widzieliśmy, było prawdziwe, Piotr od miesięcy używał naszej rodziny jak magazynu cudzych podpisów, dokumentów i zabezpieczeń.

— Musimy zabezpieczyć księgowość — powiedziałam.

Ojciec spojrzał na mnie.

— Księgowa pracuje dziś?


Aneta skinęła głową.

— Pani Monika powinna być w biurze po dziewiątej.

— Zadzwoń do niej — powiedział ojciec. — Niech niczego nie wysyła Piotrowi.

Aneta zawahała się.

— Panie Janie…

— Co?

— Pan Piotr od kilku miesięcy sam zatwierdza przelewy powyżej pięćdziesięciu tysięcy.

Ojciec zmarszczył brwi.

— Nie może.

— Może.


— Dlaczego?

Aneta spuściła wzrok.

— Bo ma pełnomocnictwo.

Ojciec spojrzał na nią tak, jakby nie zrozumiał słowa.

— Jakie pełnomocnictwo?

— Bankowe.

— Ja mu niczego takiego nie dawałem.

Aneta pobladła.

— W systemie jest od marca.

Poczułam lodowaty ciężar w żołądku.


— Tato, pamiętasz, co podpisywałeś w marcu?

Milczał.

— Cokolwiek?

Usiadł.

— Piotr przyniósł mi wtedy dokumenty z banku. Powiedział, że chodzi o zmianę limitów na karcie firmowej.

— Czytałeś je?

Nie odpowiedział.

To znaczyło, że nie.

Mama zadzwoniła właśnie wtedy.

Ojciec spojrzał na ekran, ale nie odebrał.


— Powinniśmy jej powiedzieć — powiedziałam.

— Nie teraz.

— Tato…

— Powiedziałem: nie teraz.

Nie naciskałam.

Jeszcze.

Usiadłam przy komputerze Anety.

— Pokaż mi historię pełnomocnictw.

— Nie wiem, czy mogę.

Ojciec odezwał się twardo:


— Możesz.

Aneta otworzyła system.

Na ekranie pojawiła się lista osób uprawnionych do kont firmowych.

Jan Wolski.

Piotr Wolski.

I trzecie nazwisko.

Marek Jasiński.

— Kto to? — zapytałam.

Ojciec zmarszczył czoło.

— Nie znam.


Aneta pokręciła głową.

— Ja też nie.

— Od kiedy ma dostęp?

Kliknęła.

Data dodania:

11 kwietnia.

Zakres uprawnień:

podgląd salda, inicjowanie przelewów, akceptacja transakcji do 250 000 zł.

Ojciec wstał.

— To jakiś absurd.


— Kto zatwierdził dostęp?

Aneta przewinęła niżej.

Autoryzujący:

Jan Wolski.

Ojciec zaczął oddychać szybciej.

— Nie.

— Tato…

— Mówię ci, że nie.

— Wierzę ci.

To zatrzymało go na moment.


Spojrzał na mnie.

— Naprawdę?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo ktoś, kto potrafił przygotować mój fałszywy podpis, mógł zrobić to samo z twoim.

Usiadł.

Przez chwilę patrzył przed siebie.

— Całe życie budowałem tę firmę.

Jego głos był cichy.

— Zaczynałem od jednego starego busa. Jeździłem nim sam. Spałem na parkingach. Twoja matka prowadziła księgowość przy kuchennym stole.

Nigdy wcześniej nie słyszałam go mówiącego o firmie w ten sposób.

— Piotr miał dostać coś gotowego — dodał. — Miał mieć łatwiej niż ja.

— Może właśnie dlatego uwierzył, że wszystko mu wolno.

Ojciec spojrzał na mnie.

Nie odpowiedział.

O 9:12 pojawiła się księgowa.

Monika Kaczmarek była kobietą po pięćdziesiątce, która pracowała z ojcem od niemal dwudziestu lat.

Kiedy zobaczyła nas wszystkich w biurze, od razu wiedziała, że coś się stało.

— Jan?

Ojciec podał jej wezwanie.

Przeczytała.

Kolor odpłynął jej z twarzy.

— Skąd to macie?

— Przyszło dziś rano.

Monika usiadła.

— Musimy zadzwonić do prawnika.

— Najpierw chcę wiedzieć, co się dzieje z pieniędzmi firmy — powiedział ojciec.

Monika zacisnęła usta.

— Nie mogę rozmawiać o wszystkim przy…

Spojrzała na mnie.

— Przy mojej córce możesz — powiedział ojciec.

Księgowa skinęła głową.

— Dobrze.

Otworzyła laptop.

— Od kilku miesięcy mówiłam Piotrowi, że struktura przelewów robi się niebezpieczna.

— Jakich przelewów?

— Zaliczki. Pożyczki między spółkami. Sprzedaż aktywów.

— Jakimi spółkami?

Monika spojrzała na mnie.

— PM Logistics. Wolski Development. I jeszcze jedną.

— Jaką?

— Nova Projekt sp. z o.o.

Zapisałam nazwę.

— Kto jest właścicielem?

— Oficjalnie Marek Jasiński.

Nazwisko z pełnomocnictwa.

Spojrzeliśmy na siebie z ojcem.

— Kim on jest? — zapytałam.

Monika zamknęła laptop.

— Nie wiem.

— Ale widziała go pani?

— Raz.

— Kiedy?

— W maju. Przyszedł do Piotra.

— Jak wyglądał?

— Około pięćdziesięciu lat. Łysy. Wysoki. Mówił bardzo spokojnie.

Aneta nagle odezwała się z drugiego końca pokoju.

— To mógł być ten człowiek, który był tutaj dwa tygodnie temu.

Monika spojrzała na nią.

— Jeśli tak, to mamy większy problem.

— Dlaczego?

Księgowa zawahała się.

— Bo Marek Jasiński nie jest zwykłym inwestorem.

— To znaczy?

— Kilka lat temu był związany z firmą windykacyjną. Potem zniknął z branży. Słyszałam, że zaczął finansować przedsiębiorców, którzy nie mogą dostać kredytów w normalnych bankach.

— Pożyczki prywatne?

— Coś w tym rodzaju.

Ojciec zacisnął pięści.

— Piotr pożyczył od niego pieniądze?

— Nie wiem.

— Ale podejrzewa pani, że tak.

Monika spojrzała na wezwanie.

— Ta nazwa, Northbridge Capital… pojawiła się kiedyś na jednym z dokumentów, które Piotr przyniósł do księgowości.

— Kiedy?

— Około dwóch miesięcy temu.

— I nic pani nie powiedziała?

— Powiedział, że to oferta finansowania, z której nie skorzysta.

— A jednak skorzystał.

— Najwyraźniej.

Telefon Moniki zawibrował.

Spojrzała na ekran.

— To on.

— Piotr? — zapytałam.

Skinęła głową.

Ojciec wyciągnął rękę.

— Odbierz na głośniku.

Monika zawahała się, ale odebrała.

— Tak?

Głos Piotra był spokojny.

— Monika, potrzebuję dziś przelewu z Wolski Transport.

Ojciec zacisnął szczękę.

— Jakiego?

Piotr zamilkł.

Po dwóch sekundach powiedział:

— Tata tam jest?

Ojciec pochylił się nad telefonem.

— Jestem.

— Co robisz w biurze?

— To nadal moja firma.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Tato, nie rób niczego pochopnego.

— Ile pieniędzy przelałeś?

— O czym ty mówisz?

— O mojej firmie.

— Naszej firmie.

— Nie zmieniaj tematu.

Piotr westchnął.

— Wszystko mogę wyjaśnić.

— Przyjedź.

— Nie teraz.

— Natychmiast.

— Nie mogę.

— Dlaczego?

Piotr milczał.

W końcu powiedział:

— Bo jeśli dzisiaj nie wykonamy jednego przelewu, oni uruchomią wszystkie zabezpieczenia.

W pomieszczeniu zrobiło się całkowicie cicho.

— Jaki przelew? — zapytałam.

Piotr usłyszał mój głos.

— Katarzyna, nie mieszaj się.

— Mój dom jest zabezpieczeniem. Już jestem wmieszana.

— To da się odkręcić.

— Ile?

— Co ile?

— Ile potrzebujesz dzisiaj?

Długa cisza.

— Trzysta tysięcy.

Ojciec oparł się o biurko.

— Nie mamy trzystu tysięcy — powiedziała Monika.

Piotr odpowiedział natychmiast:

— Mamy.

— Gdzie?

— Na rachunku rezerwowym.

Monika otworzyła system.

Jej twarz zmieniła się.

— Piotr…

— Zrób przelew.

— Te pieniądze są na podatki i leasingi.

— Zrób go.

Ojciec odezwał się:

— Nie.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Tato.

— Nie przelejemy ani złotówki, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz.

— Jeśli tego nie zrobicie, stracimy dużo więcej.

— Co dokładnie?

Piotr oddychał ciężko.

— Nie mogę powiedzieć przez telefon.

— Więc przyjedź.

— Nie mogę.

— Dlaczego?

I wtedy Piotr powiedział zdanie, które po raz pierwszy sprawiło, że naprawdę się przestraszyłam.

— Bo Marek siedzi teraz naprzeciwko mnie.

Spojrzałam na ojca.

— Gdzie jesteś?

Piotr nie odpowiedział.

W tle usłyszeliśmy męski głos.

Spokojny.

Niski.

— Powiedz im, że mają godzinę.

Połączenie się urwało.

Monika pobladła.

Aneta zasłoniła usta dłonią.

Ojciec natychmiast wybrał numer Piotra.

Telefon był wyłączony.

— Dzwonię na policję — powiedziałam.

Ojciec złapał mnie za rękę.

— Nie.

Spojrzałam na niego.

— Tato, właśnie słyszeliśmy…

— Wiem, co słyszeliśmy.

— Więc?

Przez chwilę walczył sam ze sobą.

W końcu powiedział:

— Jest coś, czego wam nie powiedziałem.

Monika patrzyła na niego.

Ja również.

— Co?

Ojciec usiadł.

— Marek Jasiński nie pojawił się w naszej rodzinie pierwszy raz w tym roku.

Poczułam chłód na karku.

— Znasz go?

Ojciec zamknął oczy.

— Znam.

— Skąd?

— Sprzed dwudziestu sześciu lat.

Mama zadzwoniła ponownie.

Tym razem ojciec spojrzał na telefon tak, jakby bał się go odebrać.

— Tato, kim on jest?

Powoli uniósł wzrok.

— Człowiekiem, któremu kiedyś obiecałem, że nigdy więcej nie zbliży się do naszej rodziny.

Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.

No comments yet