Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Ojciec trzymał dokument w obu dłoniach i patrzył na własny podpis.
— To mój podpis — powtórzył cicho. — Ale nie wiedziałem, co podpisuję.
Piotr nie próbował zaprzeczać.
— Wiem.
Ojciec uniósł wzrok.
— Wiedziałeś?
— Tato…
— Wiedziałeś, że myślę, że podpisuję dokumenty bankowe?
Piotr zacisnął szczękę.
— Gdybym ci powiedział prawdę, nigdy byś się nie zgodził.
Ojciec wstał.
— Oczywiście, że bym się nie zgodził!
Jego głos odbił się od ścian.
Aneta wyszła na korytarz i zamknęła drzwi, żeby nikt z pracowników nie słyszał.
Monika patrzyła na Piotra z niedowierzaniem.
— Chciałeś przejąć firmę podstępem?
— Chciałem ją uratować.
— Przed kim? — zapytałam. — Przed własnym ojcem?
Piotr spojrzał na mnie.
— Ty niczego nie rozumiesz.
— To mi wytłumacz.
— Tata od lat nie podejmował decyzji wystarczająco szybko. Rynek się zmienił. Koszty wzrosły. Klienci naciskali. A on nadal prowadził firmę tak, jakby był 2008 rok.
Ojciec pobladł.
— I dlatego sprzedałeś moje ciężarówki własnej spółce?
— Potrzebowałem aktywów, które mogłem wykorzystać.
— Ukradłeś je.
— Nie ukradłem.
— Podrobiłeś mój podpis.
Piotr milczał.
— To jest kradzież — powiedział ojciec.
Piotr odwrócił wzrok.
— Wszystko miało wrócić.
— Kiedy?
— Kiedy przejąłbym firmę.
— I co wtedy? — zapytałam. — Powiedziałbyś tacie, że już niczego nie posiada?
— Nie tak miało być.
— A jak?
Piotr spojrzał na mnie z frustracją.
— Firma miała być moja formalnie. Tata nadal dostałby pieniądze. Rodzice nadal mieliby dom. Nikt niczego by nie stracił.
— Poza prawem wyboru.
Nie odpowiedział.
Wtedy odezwała się Marta przez telefon.
— Pani Katarzyno, proszę mnie teraz dobrze słuchać.
Wzięłam telefon do ręki.
— Tak?
— Jeżeli umowa dotycząca pięćdziesięciu jeden procent udziałów została podpisana pod wpływem błędu co do treści dokumentu, istnieje możliwość jej podważenia. Ale trzeba działać natychmiast.
Piotr spojrzał na telefon.
— Ona nie zna całej umowy.
— Dlatego ją zobaczy.
— Nie.
Spojrzałam na niego.
— Nie?
— Nie możecie wysłać jej wszystkiego.
Ojciec zacisnął dłonie.
— Dlaczego?
Piotr przesunął językiem po wargach.
— Bo jest załącznik.
— Jaki załącznik?
Nie odpowiedział.
Monika podeszła do dokumentu.
— Gdzie?
Piotr próbował go zabrać, ale ojciec położył dłoń na papierach.
— Zostaw.
Monika zaczęła przewracać strony.
Jedna.
Druga.
Trzecia.
Potem znalazła dodatkowy plik spięty z tyłu.
Przeczytała pierwsze dwa akapity.
I zbladła.
— Jan…
— Co?
Monika podała mu kartkę.
Ojciec przeczytał.
Spojrzał na Piotra.
— Ty oszalałeś.
Wyrwałam dokument.
Załącznik określał dodatkowe zabezpieczenie transakcji.
Jeśli Wolski Development nie zapłaci ustalonej ceny za udziały w terminie, sprzedający — czyli mój ojciec — był zobowiązany do zapłaty kary umownej.
Kwota:
900 000 zł.
— Dziewięćset tysięcy? — zapytałam.
Piotr spuścił wzrok.
— To standardowe zabezpieczenie.
Monika niemal się zaśmiała.
— Standardowe?
— Cena udziałów miała być znacznie wyższa.
— Z jakich pieniędzy? — zapytałam.
Piotr spojrzał na mnie.
I wtedy wszystko stało się jeszcze bardziej oczywiste.
— Z kredytu pod mój dom.
Nie zaprzeczył.
Ojciec zamknął oczy.
— Boże.
— Kredyt miał pokryć tylko część — powiedział Piotr szybko. — Reszta miała pochodzić z refinansowania.
— Czyli chciałeś pożyczyć pieniądze pod dom Katarzyny, żeby kupić ode mnie moją własną firmę?
— Technicznie…
— Nie mów mi „technicznie”!
Ojciec uderzył pięścią w biurko.
— Ukradłeś podpis mojej córki, okłamałeś mnie i próbowałeś kupić moją firmę za pieniądze zabezpieczone naszym domem!
Piotr również podniósł głos.
— Bo nigdy byś mi jej nie oddał!
— Miała być twoja!
— Kiedy?!
Piotr zrobił krok do przodu.
— Za pięć lat? Za dziesięć? Kiedy będziesz miał osiemdziesiąt lat i nadal będziesz sprawdzał każdą fakturę?!
Ojciec zamarł.
Piotr oddychał ciężko.
— Przez całe życie mówiłeś, że budujesz to dla mnie.
— Dla was — powiedział ojciec.
Piotr spojrzał na mnie.
— Nie. Dla mnie.
— Co masz na myśli? — zapytałam.
— Ty wyjechałaś. Zrobiłaś karierę. Nigdy nie chciałaś tej firmy.
— To nie daje ci prawa oszukiwać wszystkich dookoła.
— Ty możesz tak mówić, bo zawsze byłaś bezpieczna.
— Bezpieczna?
Zaśmiałam się krótko.
— Od czterech lat spłacam wasze zobowiązania.
Piotr zamilkł.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Jakie zobowiązania?
Poczułam, że powiedziałam za dużo.
— Katarzyna? — zapytał.
Nie chciałam robić tego w taki sposób.
Ale po wszystkim, co się wydarzyło, nie było już sensu ukrywać prawdy.
— Kiedy miałeś operację, zaczęłam opłacać część waszych rat.
Ojciec zmarszczył brwi.
— Jakich rat?
— Kredytów. Ubezpieczenia. Czasem rachunków.
— Od kiedy?
— Trzy lata.
Ojciec spojrzał na Piotra.
Potem znowu na mnie.
— Myślałem, że Piotr…
Urwał.
— Że Piotr co?
Mama powiedziała mi kiedyś, że Piotr „pomaga im finansowo”.
Teraz zrozumiałam.
Ojciec myślał, że pieniądze pochodzą od niego.
— Tato — powiedziałam powoli. — Kiedy dostawałeś pieniądze, kto mówił, że je wysłał?
Nie odpowiedział.
Nie musiał.
Piotr.
Spojrzałam na brata.
— Brałeś moje pieniądze i przedstawiałeś je jako swoje?
— Nie.
— Piotr.
— Mama czasami prosiła mnie, żebym coś opłacił. Ty przesyłałaś pieniądze jej. Ona dawała je mnie.
— A ty mówiłeś ojcu, że zapłaciłeś?
Piotr milczał.
Ojciec usiadł.
Nie wyglądał już na wściekłego.
Wyglądał na złamanego.
— Na moich urodzinach…
Spojrzał na dokumenty leżące na stole.
— Sto osiemdziesiąt tysięcy.
Piotr podniósł wzrok.
— To akurat naprawdę zapłaciłem.
— Za pieniądze z czego?
Cisza.
— Piotr.
— Z PM Logistics.
Monika zamknęła oczy.
— Czyli z pieniędzy pożyczonych od Marka.
Piotr nic nie powiedział.
Ojciec oparł łokcie na kolanach.
— Więc nawet ten prezent nie był twój.
Nikt się nie odezwał.
Po chwili Marta przerwała ciszę.
— Musimy wrócić do umowy. Ile czasu pozostało do terminu płatności za udziały?
Monika sprawdziła datę.
— Trzy dni.
— A jeśli płatność nie nastąpi?
— Kara dziewięćset tysięcy.
— I możliwość dochodzenia dalszych roszczeń — dodałam, czytając ostatni punkt.
Marta westchnęła.
— Dobrze. Teraz najważniejsze pytanie. Czy przeniesienie udziałów zostało już zarejestrowane?
Monika spojrzała na Piotra.
— Zostało?
Brat zawahał się.
— Wniosek został złożony.
— Kiedy?
— Wczoraj.
Poczułam, jak serce przyspiesza.
— Czyli zanim przyjechałeś na urodziny?
— Tak.
Zrozumiałam.
Urodzinowy „prezent”.
Publiczne przemówienie.
Historia o spłaceniu domu.
To wszystko wydarzyło się dokładnie w chwili, gdy Piotr próbował przejąć firmę.
Nie był to przypadek.
Chciał wyglądać jak człowiek, który ratuje rodzinę, zanim ktokolwiek odkryje, co zrobił.
Ojciec również to zrozumiał.
— Chciałeś, żebym ci podziękował — powiedział cicho.
Piotr nie odpowiedział.
— W obecności całej rodziny.
— Tato…
— Chciałeś, żebym powiedział wszystkim, jaki jesteś wspaniały, zanim zabierzesz mi firmę.
— Nie chciałem ci jej zabrać.
— Przestań już kłamać.
Po raz pierwszy tego dnia Piotr nie miał odpowiedzi.
Telefon zadzwonił.
Nie mój.
Jego.
Spojrzał na ekran.
Marek.
Nie odebrał.
Telefon zadzwonił ponownie.
Ojciec wyciągnął rękę.
— Daj mi.
— Nie.
— Daj telefon.
— Tato…
— Daj.
Piotr podał mu urządzenie.
Ojciec odebrał i włączył głośnik.
— Marek.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Jan.
Po sposobie, w jaki wypowiedział jego imię, wiedziałam, że naprawdę się znali.
— Minęło dużo czasu — powiedział Marek.
— Za mało.
— Zawsze byłeś sentymentalny.
Ojciec ścisnął telefon.
— Zostaw moją rodzinę.
Marek roześmiał się cicho.
— Jan, to twój syn do mnie przyszedł.
Piotr pobladł.
— Co?
— Nie ja go znalazłem.
Ojciec spojrzał na Piotra.
Marek mówił dalej.
— Przyszedł do mnie osiem miesięcy temu. Wiedział dokładnie, kim jestem. Wiedział nawet, co wydarzyło się dwadzieścia sześć lat temu.
— Dlaczego? — zapytał ojciec.
— Bo chciał kupić twoją firmę.
— Nie moją — wtrącił Piotr. — Swoją.
Marek zignorował go.
— Ale miał jeden problem.
— Jaki?
— Nie miał pieniędzy.
Przerwa.
— Więc pokazał mi coś, co według niego było warte więcej niż sama firma.
Spojrzałam na Piotra.
On już nie patrzył na nikogo.
— Co? — zapytał ojciec.
Marek odpowiedział spokojnie:
— Nieruchomość przy Lipowej.
Serce mi zamarło.
— Ten dom nie należy do Jana — powiedziałam.
Po drugiej stronie zapanowała cisza.
— Katarzyna? — zapytał Marek.
— Tak.
— W takim razie Piotr nie powiedział ci wszystkiego.
Spojrzałam na brata.
— Co jeszcze?
Marek mówił dalej:
— Dom był tylko pierwszym zabezpieczeniem.
— Jakim było drugie?
Tym razem to Piotr zaczął mówić:
— Marek, zamknij się.
Ale było za późno.
— Drugim zabezpieczeniem — powiedział Marek — było mieszkanie waszej matki w Poznaniu.
Ojciec pobladł.
— Halina nie ma mieszkania w Poznaniu.
Marek zamilkł na sekundę.
Potem powiedział coś, co sprawiło, że spojrzeliśmy na siebie wszyscy.
— Ma.
Połączenie zostało przerwane.
Ojciec natychmiast spojrzał na Piotra.
— O jakim mieszkaniu on mówi?
Piotr nie odpowiedział.
— Piotr.
Milczał.
I wtedy zrozumiałam, że brat ukrywał przed nami jeszcze jedną rzecz.
Tym razem nie dotyczącą firmy.
Dotyczącą naszej matki.
Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.







No comments yet