Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.
Ojciec patrzył na stół, jakby odpowiedź leżała gdzieś pomiędzy dokumentami.
— Dwadzieścia sześć lat temu? — powtórzyłam. — Co Marek Jasiński miał wtedy wspólnego z naszą rodziną?
Ojciec podniósł wzrok.
— Zanim firma zaczęła naprawdę zarabiać, prawie ją straciłem.
— Nigdy o tym nie mówiłeś.
— Bo nie było się czym chwalić.
Monika usiadła naprzeciwko niego.
— Jan, teraz naprawdę nie jest pora na półprawdy.
Ojciec skinął głową.
— W 2000 roku miałem trzy samochody, sześciu kierowców i więcej długów niż rozsądku. Jeden duży klient nie zapłacił nam przez kilka miesięcy. Bank odmówił kolejnego kredytu.
— I wtedy pojawił się Marek?
— Był młodszy. Pracował dla człowieka, który pożyczał pieniądze firmom takim jak moja.
— Legalnie?
Ojciec uśmiechnął się gorzko.
— Na papierze wszystko wyglądało legalnie.
Poczułam niepokój.
— Ile pożyczyłeś?
— Sto dwadzieścia tysięcy złotych.
W tamtych czasach była to ogromna kwota.
— Jakie było zabezpieczenie?
Ojciec spojrzał na mnie.
— Dom.
Zamarłam.
— Ten dom?
Skinął głową.
— Dziadek jeszcze żył. Gdy się dowiedział, prawie wyrzucił mnie z rodziny.
— Spłaciłeś?
— Tak. Ale nie tak, jak powinienem.
— Co to znaczy?
Ojciec potarł czoło.
— Człowiek, dla którego pracował Marek, chciał przejąć część firmy zamiast ostatnich rat. Odmówiłem. Zaczęły się groźby. Kontrole. Problemy z kontrahentami.
— I co zrobiłeś?
— Znalazłem prawnika. Udowodniliśmy, że część naliczonych opłat była bezprawna. Sprawa trafiła do sądu.
— A Marek?
— Przyszedł do mnie dzień przed pierwszą rozprawą.
Ojciec urwał.
— Powiedział, że mogę wygrać w sądzie, ale stracę wszystko po drodze.
— Groził ci?
— Nie bezpośrednio.
— Co zrobiłeś?
— Poszedłem na policję. Potem sprawą zajęła się prokuratura. Firma, dla której pracował, upadła kilka miesięcy później.
— A on?
— Zniknął.
Ojciec spojrzał na telefon leżący na stole.
— Do dziś.
Zrozumiałam coś.
— Piotr o tym wiedział?
Ojciec odpowiedział zbyt późno.
— Trochę.
— Tato.
— Znalazł stare dokumenty kilka lat temu. Pytał mnie o Jasińskiego.
— Co mu powiedziałeś?
— Żeby trzymał się od niego z daleka.
Monika pokręciła głową.
— A mimo to wszedł z nim w interesy.
— Najwyraźniej.
Spojrzałam na wezwanie od Northbridge Capital.
— To nie jest przypadek.
Ojciec nic nie powiedział.
— Marek nie wybrał Piotra przypadkowo. Wiedział, kim jest.
— Możliwe.
— Nie „możliwe”. Jeśli znał ciebie, wiedział również, że Piotr przejął firmę.
Telefon ojca ponownie zawibrował.
Mama.
Tym razem odebrał.
— Halina?
Jej głos był tak głośny, że mimo iż telefon nie był na głośniku, usłyszałam panikę.
— Jan, gdzie jesteście?
— W biurze.
— A Piotr?
Ojciec spojrzał na mnie.
— Dlaczego pytasz?
— Bo ktoś właśnie przyjechał pod dom.
Wstałam.
— Kto?
Ojciec włączył głośnik.
Mama mówiła szybko.
— Dwóch mężczyzn. Jeden fotografuje bramę. Drugi chodzi wokół działki.
— Zamknij drzwi — powiedziałam.
— Są zamknięte.
— Nie wychodź.
Ojciec chwycił kluczyki.
— Jedziemy.
— Jan, oni coś zostawili w skrzynce.
— Nie dotykaj.
— Już wyjęłam.
Ojciec zatrzymał się.
— Co to jest?
Usłyszeliśmy szelest papieru.
— Pismo.
— Przeczytaj nagłówek.
Mama milczała.
— Halina?
— „Zawiadomienie o zamiarze zabezpieczenia roszczenia na nieruchomości”.
Poczułam, jak całe ciało robi mi się zimne.
— Mamo, przeczytaj adres nieruchomości.
— Lipowa 18.
Mój dom.
Ojciec zaklął pod nosem.
— Wracamy natychmiast.
Rozłączył się.
— Nie — powiedziałam.
Spojrzał na mnie.
— Co?
— Jeśli ci ludzie tylko dokumentują nieruchomość, nie możemy teraz tracić czasu na jazdę tam i z powrotem. Mama jest bezpieczna w środku.
— To moja żona.
— I mój dom. Wiem.
Monika podeszła do nas.
— Katarzyna ma rację. Najpierw trzeba zablokować możliwość jakichkolwiek przelewów i zmian w firmie.
Ojciec spojrzał na nią.
— Możemy to zrobić?
— Mogę zawiadomić bank o podejrzeniu nadużycia. Ale bank będzie chciał formalnego zgłoszenia.
— Zrób to.
Monika natychmiast wróciła do komputera.
Ja zadzwoniłam do Marty Zielińskiej.
Odebrała po drugim sygnale.
— Pani Katarzyno?
— Sytuacja się pogorszyła.
Opowiedziałam jej o rozmowie z Piotrem, o Marku, o żądaniu przelewu i o piśmie zostawionym pod domem.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Proszę mi powiedzieć dokładnie, co powiedział mężczyzna w tle rozmowy.
— „Powiedz im, że mają godzinę.”
— Czy padła konkretna groźba?
— Nie.
— Dobrze. Proszę zachować historię połączeń i wszystkie wiadomości. Nie kasować niczego.
— Co z domem?
— Jeżeli pani nie podpisała pełnomocnictwa, samo zabezpieczenie może zostać zakwestionowane. Ale musimy działać natychmiast.
— Co mam zrobić?
— Złożyć zawiadomienie dotyczące fałszywego podpisu. I jeszcze jedno.
— Tak?
— Nie przekazujcie tych trzystu tysięcy.
Spojrzałam na Monikę.
— Dlaczego?
— Bo jeżeli to, co podejrzewam, jest prawdą, ten przelew nie uratuje firmy. Tylko zamknie kolejny etap transakcji.
— Jakiej transakcji?
— Potrzebuję jeszcze jednego dokumentu, żeby to potwierdzić.
— Jakiego?
— Umowy pomiędzy Northbridge Capital a PM Logistics.
— Nie mamy jej.
— Piotr powinien mieć.
W tej samej chwili usłyszeliśmy gwałtowne otwarcie drzwi wejściowych.
Aneta wyszła na korytarz.
Po chwili wróciła.
— Piotr.
Ojciec poderwał się.
Brat wszedł do gabinetu bez marynarki, blady, z rozpiętym kołnierzykiem.
Wyglądał inaczej niż poprzedniego wieczoru.
Nie jak człowiek kontrolujący sytuację.
Jak ktoś, kto od wielu godzin próbuje nie utonąć.
— Zamknij drzwi — powiedział.
Ojciec ruszył w jego stronę.
— Gdzie byłeś?
— Tato, nie teraz.
— Milion dwieście czterdzieści tysięcy. Fałszywe podpisy. Sprzedane ciężarówki. Mów.
Piotr spojrzał na mnie.
— Zadzwoniłaś do prawnika?
— Tak.
Zaklął.
— Mówiłem ci, żebyś się nie mieszała.
— Użyłeś mojego domu.
— Nie chciałem, żeby do tego doszło.
— Ale doszło.
Ojciec chwycił go za ramię.
— Kim jest Marek dla ciebie?
Piotr wyrwał rękę.
— Człowiekiem, który miał uratować firmę.
— Wiedziałeś, kim był dla mnie?
Piotr milczał.
Ojciec pobladł.
— Wiedziałeś.
— Tak.
— I mimo to wziąłeś od niego pieniądze?
— Nie miałem wyboru.
— Zawsze jest wybór.
Piotr roześmiał się krótko.
— Łatwo ci mówić. Zostawiłeś mi firmę z leasingami, podatkami, starymi kontraktami i marżami, które ledwo pokrywały paliwo.
— Firma zarabiała.
— Na papierze.
Monika uniosła głowę.
— To nieprawda.
Piotr spojrzał na nią.
— Nie wiesz wszystkiego.
— To pokaż nam.
Piotr wyjął telefon.
Przez kilka sekund czegoś szukał.
Potem położył go na biurku.
Na ekranie był dokument.
Umowa finansowania.
Northbridge Capital.
Kwota początkowa:
600 000 zł.
Data:
osiem miesięcy wcześniej.
Ojciec czytał w milczeniu.
— Sześćset tysięcy?
— Pierwsza pożyczka — powiedział Piotr.
— Pierwsza?
Piotr usiadł.
— Potem była druga.
— Ile?
— Czterysta.
Monika zamknęła oczy.
— Milion?
— Potrzebowałem czasu.
— Na co? — zapytałam.
Piotr spojrzał na mnie.
— Żeby odkupić udziały.
— Jakie udziały?
Nie odpowiedział.
Marta nadal była na linii telefonu.
Usłyszała wszystko.
— Pani Katarzyno — powiedziała nagle. — Proszę zapytać brata, jakie udziały miał odkupić.
Spojrzałam na Piotra.
— Jakie udziały?
Brat zacisnął usta.
Ojciec uderzył dłonią w stół.
— Mów!
Piotr podniósł wzrok.
— Twoje.
W biurze zapadła cisza.
— Co? — wyszeptał ojciec.
— Chciałem przejąć firmę formalnie.
— Miałeś ją dostać po mnie.
— Po tobie.
Piotr spojrzał mu prosto w oczy.
— Ja nie chciałem czekać, aż umrzesz.
Mama zadzwoniła ponownie.
Nikt się nie ruszył.
Piotr mówił dalej.
— Marek powiedział, że może sfinansować wykup udziałów, jeśli najpierw uporządkuję aktywa i zabezpieczenia.
— Czyli sprzedawałeś ciężarówki własnym spółkom — powiedziałam.
— Tymczasowo.
— Fałszowałeś podpisy.
— Nie wszystkie.
Ojciec zrobił krok w jego stronę.
— Co to znaczy „nie wszystkie”?
Piotr pobladł.
— Nie mam czasu tego tłumaczyć. Musimy zrobić przelew.
— Nie — powiedziałam.
— Jeśli go nie zrobimy, Marek uruchomi opcję przejęcia.
Marta odezwała się z telefonu:
— Jaką opcję?
Piotr spojrzał na urządzenie.
— Kto tam jest?
— Prawniczka.
— Wyłącz to.
— Jaką opcję przejęcia, Piotr?
Przez moment wyglądał, jakby chciał wyjść.
W końcu powiedział:
— Northbridge ma prawo przejąć PM Logistics za symboliczną kwotę, jeśli nie spłacę raty.
— I co z tego? — zapytałam.
Piotr spojrzał na ojca.
— PM Logistics posiada udziały Wolski Development.
— Wiemy.
— Ale Wolski Development posiada coś jeszcze.
Poczułam niepokój.
— Co?
Piotr przełknął ślinę.
— Umowę przedwstępną zakupu pięćdziesięciu jeden procent udziałów Wolski Transport.
Ojciec zamarł.
— Ode mnie?
Piotr pokręcił głową.
— Nie.
— To niemożliwe — powiedziała Monika. — Jan ma większość udziałów.
— Już nie.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego.
Ojciec prawie szeptał:
— Co zrobiłeś?
Piotr wyciągnął z torby złożony dokument i położył go na stole.
Na pierwszej stronie widniało nazwisko ojca.
Na ostatniej jego podpis.
Tym razem ojciec nie powiedział od razu, że jest fałszywy.
Patrzył na niego długo.
Potem usiadł.
— Ten podpis jest mój.
Poczułam, jak wszystko we mnie zamiera.
Piotr zamknął oczy.
— Wiem.
— Kiedy to podpisałem?
— W marcu.
Ojciec pobladł.
Wtedy przypomniałam sobie.
Marzec.
Dokumenty, które Piotr przedstawił mu jako zmianę limitów na firmowej karcie.
Piotr nie tylko fałszował podpisy.
Czasem nawet nie musiał.
Wystarczyło, że dawał ojcu do podpisania dokumenty, których ten nie czytał.
A teraz pięćdziesiąt jeden procent firmy mogło trafić do spółki kontrolowanej przez Marka Jasińskiego.
Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.







No comments yet