Marta nie czekała na pozwolenie.
Sięgnęła do apteczki, wyjęła małe nożyczki chirurgiczne i przecięła nowszą nić na brzuchu pluszowego wilka.
— Ostrożnie — powiedział Damian.
— To zabawka pańskiego syna, nie bomba.
— W mojej rodzinie nie zakładałbym się o różnicę.
Łukasz patrzył na nich szeroko otwartymi oczami.
Marta rozsunęła materiał.
Między watą znajdowała się cienka metalowa kapsułka, niewiele większa od palca.
Na jej powierzchni wygrawerowano dwa słowa.
DLA MARTY.
Damian przestał oddychać na moment.
— Elżbieta naprawdę to przygotowała.
Marta wysunęła kapsułkę.
W środku znajdowała się karta pamięci oraz niewielki mosiężny klucz.
Nic więcej.
— Rozpoznaje pani klucz? — zapytał Marek.
— Nie.
Damian wyciągnął dłoń.
Marta cofnęła kapsułkę.
— Jest na niej moje imię.
— Dotyczy mojej żony.
— I została ukryta w zabawce pańskiego syna z instrukcją, żeby trafił do mnie.
Przez chwilę patrzyli na siebie w napięciu.
Damian pierwszy opuścił rękę.
— Dobrze. Pani ją otworzy.
SUV ruszył.
Pozostałe pięć pojazdów ustawiło się wokół nich, a wielka kolumna przy domu Marty pozostała na miejscu, tworząc pozór, że Damian nadal znajduje się w środku.
Wjechali na zamarznięte jezioro.
Wiatr natychmiast zasypał ślady za nimi.
Marta spojrzała przez tylną szybę.
Jej dom malał między drzewami.
Rozbite kuchenne okno wyglądało z tej odległości jak czarna rana.
Nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek tam wróci.
Łukasz wsunął dłoń w jej dłoń.
Marta ścisnęła ją bez słowa.
Po dziesięciu minutach Marek podał jej zabezpieczony laptop.
— Bez połączenia z siecią.
Marta wsunęła kartę.
Na ekranie pojawił się jeden zaszyfrowany folder.
Nazwa była prosta.
MARTA_LIS.
— Hasło? — zapytał Damian.
Marta pokręciła głową.
Spróbowała daty urodzenia Elżbiety.
Błąd.
Daty ich pierwszego wspólnego dyżuru.
Błąd.
Nazwy szpitala.
Błąd.
Po trzeciej próbie ekran wyświetlił ostrzeżenie.
JESZCZE DWIE PRÓBY.
— Przestań — powiedział Damian.
Marta już miała zamknąć laptop, gdy Łukasz odezwał się z tylnego siedzenia.
— Mama mówiła, że ciocia Marta zawsze pamiętała o herbacie.
Marta spojrzała na niego.
— O herbacie?
— Jak mama płakała, robiłaś jej herbatę z miodem. Mówiła, że zawsze dawałaś za dużo.
Wspomnienie uderzyło Martę niespodziewanie.
Warszawa.
Trzecia nad ranem.
Dwie młode pielęgniarki siedzące na schodach za szpitalem po śmierci siedemnastoletniego pacjenta.
Elżbieta płakała.
Marta podała jej kubek.
— Dwie łyżeczki miodu — powiedziała wtedy Elżbieta. — Kiedyś mnie tym zabijesz.
Marta wpisała:
DWIELYZECZKIMIODU.
Folder otworzył się.
Damian powoli wypuścił powietrze.
Wewnątrz znajdowało się kilkadziesiąt plików.
Zdjęcia.
Nagrania.
Dokumenty bankowe.
Listy nazwisk.
Mapy magazynów.
Kopie policyjnych raportów.
Marta przewijała ekran coraz szybciej.
— Elżbieta zbierała dowody.
— Przeciwko komu? — zapytał Marek.
Marta zatrzymała kursor.
Na jednym z dokumentów widniało nazwisko:
ROBERT BIELSKI.
Pod nim znajdowały się przelewy do funkcjonariuszy policji, urzędników i kilku ludzi należących formalnie do organizacji Damiana.
Damian pochylił się nad ekranem.
— To sprzed sześciu lat.
— Zaczęło się przed śmiercią Elżbiety — powiedziała Marta.
Otworzyła następny plik.
Było to nagranie głosowe.
Data: trzy dni przed śmiercią Elżbiety.
Marta nacisnęła odtwarzanie.
Najpierw usłyszeli szum.
Potem głos Elżbiety.
— Marta, jeśli tego słuchasz, znaczy, że nie mogłam już sama ci tego powiedzieć.
Marta poczuła, jak sztywnieją jej palce.
Damian patrzył nieruchomo na laptop.
— Nie ufam Robertowi — mówiła Elżbieta. — Wiem, że przenosi ludzi i pieniądze poza wiedzą Damiana. Wiem też, że ktoś z wewnątrz mu pomaga.
Marek uniósł wzrok.
— Kto?
Nagranie trwało dalej.
— Nie mogę zapisać nazwiska. Jeśli karta wpadnie w złe ręce, Łukasz będzie w większym niebezpieczeństwie. Klucz pokaże Marcie, gdzie znajduje się reszta.
Marta spojrzała na mały mosiężny klucz.
Elżbieta mówiła dalej:
— Marta będzie wiedziała, dokąd pojechać. Zabierałam ją tam, kiedy obie chciałyśmy uciec od Warszawy.
Nagranie urwało się.
Marta zamknęła oczy.
Damian od razu zauważył zmianę w jej twarzy.
— Wie pani.
— Chyba tak.
— Gdzie?
— Stara stacja kolejowa pod Rucianem. Była tam opuszczona przechowalnia bagażu. Elżbieta i ja jeździłyśmy w te okolice jeszcze przed jej małżeństwem.
Marek natychmiast sięgnął po radio.
— Zmieniam trasę.
Damian złapał go za rękę.
— Nie przez radio.
Marek spojrzał na niego.
— Robert może słuchać?
— Robert wiedział o moście. Wiedział o trasie. Teraz wiedział też, gdzie znaleźliśmy schronienie.
Marta poczuła chłód.
— Czyli ma kogoś wśród ludzi, którzy nas otaczają.
Damian nie odpowiedział.
Nie musiał.
W tej samej chwili kierowca zaklął.
Przed nimi, na końcu leśnej drogi, stał płonący samochód.
Droga była zablokowana.
— Cofamy! — krzyknął Marek.
Za nimi pojawiły się światła.
Trzy pojazdy wyjechały spomiędzy drzew.
Zostali zamknięci z obu stron.
— Skąd wiedzieli? — wyszeptała Marta.
Damian odbezpieczył pistolet.
— Nie wiedzieli.
Spojrzał na sześć własnych SUV-ów.
— Ktoś im powiedział.
Przez radio odezwał się jeden z dowódców eskorty.
— Szefie, mamy kontakt z tyłu. Proszę zostać w pojeździe.
Damian nacisnął przycisk.
— Nikt nie zmienia pozycji bez mojego rozkazu.
Cisza.
Potem odezwał się inny głos.
— Przyjąłem.
Marta zerknęła na ekran laptopa.
W prawym dolnym rogu pojawiła się niewielka ikona.
Migotała.
Transmisja danych.
— Marek.
— Laptop jest offline.
— Już nie.
Marek wyrwał kabel z bocznego portu.
Nic się nie zmieniło.
Marta odwróciła urządzenie.
Pod spodem, przyczepiony do obudowy, znajdował się maleńki czarny nadajnik.
Nie było go tam, kiedy dostała laptop.
Damian powoli podniósł wzrok.
W samochodzie znajdowali się tylko oni, kierowca i jeden ochroniarz na przednim siedzeniu.
Nikt się nie poruszył.
Łukasz przytulił wilka do piersi.
Marta zerwała nadajnik i zacisnęła go w dłoni.
— Robert nie śledził karty.
Spojrzała na ludzi Damiana.
— Śledził nas.
Na zewnątrz padł pierwszy strzał.
**Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.**







No comments yet