Pierwsza kula uderzyła w maskę samochodu i odbiła się z metalicznym trzaskiem.
Druga przebiła boczną szybę auta jadącego za nimi.
— Głowy w dół! — krzyknął Marek.
Marta natychmiast przyciągnęła Łukasza do siebie.
Damian wychylił się tylko na tyle, by spojrzeć przez szczelinę między siedzeniami.
— Ile ich jest?
Kierowca zerknął w lusterko.
— Trzy auta z tyłu. Nie widzę, ilu z przodu.
— To nie jest pełny oddział Roberta — powiedział Marek. — Za mało ludzi.
Damian spojrzał na czarny nadajnik w dłoni Marty.
— To nie miało nas zabić.
Marta zmarszczyła brwi.
— Więc po co?
— Żeby zobaczyć, dokąd pojedziemy.
Kolejna seria pocisków uderzyła w tył SUV-a.
Łukasz drgnął.
Marta zasłoniła mu głowę ramieniem.
— Nie patrz.
— Boję się.
— Wiem.
— Mama też się bała?
Pytanie przecięło ją mocniej niż huk wystrzałów.
— Tak — powiedziała cicho. — Ale czasem można się bać i nadal zrobić właściwą rzecz.
Damian usłyszał te słowa.
Przez moment spojrzał na syna w sposób, którego Marta wcześniej u niego nie widziała.
Nie jak boss.
Jak ojciec, który dopiero teraz zaczynał rozumieć, jak wiele jego dziecko zdążyło stracić.
Marek nagle wskazał przez przednią szybę.
— Lewa strona!
Między drzewami pojawiła się wąska droga techniczna, niemal całkowicie zasypana śniegiem.
— Tam! — powiedziała Marta. — Prowadzi do starego kamieniołomu. Jeśli przejedziemy przez nasyp, wrócimy na drogę od drugiej strony.
Kierowca nie czekał na rozkaz.
Skręcił gwałtownie.
SUV przebił się przez zaspę.
Marta uderzyła ramieniem o drzwi, a Łukasz zacisnął palce na jej kurtce.
Pozostałe samochody ruszyły za nimi.
Pierwszy z pojazdów Roberta próbował zrobić to samo.
Nie zdążył.
Jeden z ludzi Damiana wysiadł z ostatniego auta, przyklęknął za otwartymi drzwiami i oddał krótką serię w przednie koło ścigającego ich SUV-a.
Samochód zarzuciło.
Uderzył bokiem w drzewo.
— Jedziemy! — wrzasnął Marek.
Przez następne kilka minut słyszeli tylko silnik, wiatr i trzask gałęzi uderzających o karoserię.
Potem strzały ucichły.
Marek próbował połączyć się z drugim samochodem.
— Trójka, meldunek.
Cisza.
— Trójka?
Nic.
Damian spojrzał przez tylną szybę.
Z sześciu pojazdów zostały cztery.
Jeden nie pojawił się po zakręcie.
— Ilu było w trójce? — zapytał.
— Pięciu.
Damian nie odpowiedział.
Marta widziała jednak, jak zaciska szczękę.
Każdy człowiek, którego tracił, miał dla niego znaczenie.
To komplikowało obraz, który przez lata budowała sobie w głowie.
Damian Bielski nie pasował do opowieści, jakie słyszała kiedyś w szpitalu.
Albo nigdy nie znała całej prawdy.
Albo ludzie tacy jak on byli znacznie bardziej skomplikowani, niż chciała przyznać.
Po pół godzinie zatrzymali się w opuszczonym tartaku ukrytym między wzgórzami.
Dach magazynu uginał się pod śniegiem, ale ściany nadal dawały osłonę przed wiatrem.
Marek kazał zabezpieczyć teren.
Damian usiadł na starej drewnianej skrzyni.
Jego twarz była szara.
Marta spojrzała na bandaż.
Czerwień znów przebijała przez materiał.
— Wiedziałam.
— Nie zaczynaj.
— Rozerwał pan ranę.
— Nadal żyję.
— Na razie.
Rozcięła bandaż.
Damian nawet nie drgnął.
— Musi pan odpocząć.
— Nie mamy czasu.
— Jeśli zemdleje pan w najgorszym momencie, też nie będziemy mieli czasu.
Marek podał jej apteczkę.
— Ma rację, szefie.
Damian spojrzał na niego.
— Zauważyłem, że wszyscy dzisiaj są wyjątkowo odważni.
Marta oczyściła ranę.
— Może dlatego, że ma pan dziurę w ramieniu i chwilowo trudniej panu wszystkich zastraszać.
Łukasz zachichotał.
Damian spojrzał na syna.
Potem na Martę.
— To pani wina.
— Przyjmuję odpowiedzialność.
Napięcie na sekundę opadło.
Tylko na sekundę.
Marek przyniósł czarny nadajnik znaleziony pod laptopem.
— Sprawdziliśmy urządzenie.
— I? — zapytał Damian.
— Nie należało do naszych standardowych systemów.
Marta uniosła wzrok.
— Czyli ktoś przyniósł je z zewnątrz?
— Albo ktoś z naszych dostał je od Roberta.
Damian oparł łokcie na kolanach.
— Kto miał dostęp do laptopa?
Marek milczał.
— Marek.
— Ja. Kierowca. Ochroniarz z przedniego siedzenia. I dwóch ludzi, którzy ładowali sprzęt do auta przy domu Marty.
— Nazwiska.
Marek podał cztery.
Damian przy trzecim nazwisku zatrzymał go gestem.
— Powtórz.
— Paweł Kruk.
Twarz Damiana stwardniała.
— Kruk był z Elżbietą w noc jej śmierci.
Marta poczuła, jak zimno przechodzi jej po plecach.
— Skąd pan wie?
— Bo to on zadzwonił do mnie pierwszy.
— Powiedział, co się stało?
— Powiedział, że samochód wypadł z drogi.
Marta patrzyła na niego.
— Elżbieta została zamordowana.
— Wiem.
— Od kiedy?
Damian długo nie odpowiadał.
— Od tamtej nocy wiedziałem, że coś się nie zgadzało. Ale nie miałem dowodu.
Marta cofnęła się o krok.
— Sześć lat.
— Marta...
— Sześć lat wierzyłam, że moja najlepsza przyjaciółka zginęła w wypadku.
Łukasz spojrzał na nich przestraszony.
Marta natychmiast ściszyła głos.
— A pan wiedział, że ktoś ją zabił.
— Podejrzewałem.
— To nie to samo?
— Nie wtedy, gdy jedno oskarżenie może rozpętać wojnę, w której giną dziesiątki ludzi.
— A więc wybrał pan ciszę.
Damian podniósł na nią wzrok.
— Wybrałem Łukasza.
To zatrzymało Martę.
— Robert już wtedy budował własną frakcję. Gdybym ruszył bez dowodów, pierwszą osobą, którą wykorzystałby przeciwko mnie, byłby mój syn.
Marta chciała odpowiedzieć.
Nie potrafiła.
Łukasz siedział kilka metrów dalej i obracał pluszowego wilka w dłoniach.
Sześć lat.
Sześć lat nosił przy sobie dowód pozostawiony przez matkę.
Damian spojrzał na kartę pamięci.
— Elżbieta próbowała znaleźć dowód, którego ja nie miałem.
Marta wzięła mosiężny klucz.
— Więc jedziemy na stację.
— Nie teraz.
— Właśnie teraz.
— Robert wie, że mamy kartę.
— Ale nie wie, dokąd prowadzi klucz.
Marek wszedł między nich.
— Jeśli Kruk jest zdrajcą, może wiedzieć.
Damian pokręcił głową.
— Nie. Elżbieta ufała Marcie. Nie mnie. Nie moim ludziom.
Jego wzrok zatrzymał się na niej.
— To dlatego zostawiła wskazówkę tylko pani.
Marta spojrzała na mały klucz.
Nagle dostrzegła numer wybity przy jego krawędzi.
317.
Serce zabiło jej szybciej.
— Wiem, co otwiera.
Marek podszedł bliżej.
— Przechowalnię?
— Nie.
Marta pamiętała.
Na starej stacji kolejowej nigdy nie było skrytek oznaczonych trzycyfrowymi numerami.
Ale trzy kilometry dalej znajdował się pensjonat, do którego ona i Elżbieta czasem uciekały po ciężkich dyżurach.
Stary pensjonat „Nad Sosnami”.
Każdy pokój miał mosiężny klucz.
— Pokój 317.
Damian wstał.
— Jedziemy.
W tej samej chwili drzwi magazynu otworzyły się.
Dwóch ludzi wprowadziło mężczyznę z rękami związanymi za plecami.
Marta od razu go rozpoznała.
Ochroniarz z przedniego siedzenia ich SUV-a.
Na jego kurtce znajdowała się krew.
Marek wyciągnął broń.
— Co się stało?
Jeden z ludzi rzucił na stół telefon.
— Znaleźliśmy to w jego kieszeni.
Na ekranie widniała niedokończona wiadomość.
MAM KLUCZ. CEL: NAD SOSNAMI.
Marta poczuła, jak całe pomieszczenie zamiera.
Damian podszedł do ochroniarza.
— Dla kogo pracujesz?
Mężczyzna splunął krwią na podłogę.
— Za późno.
— Co to znaczy?
Ochroniarz uśmiechnął się.
— Robert nie jedzie po was.
Spojrzał na Łukasza.
— Jedzie po to, co Elżbieta zostawiła w pokoju 317.
Marta zacisnęła palce na kluczu.
I po raz pierwszy zrozumiała, że sześć lat wcześniej Elżbieta mogła zostawić tam coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż dowody.
**Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.**







No comments yet