Daniel wstał tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po marmurowej podłodze z ostrym zgrzytem.
— To nie jest tak, jak wygląda.
Patrzyłam na jego podpis pod dokumentem. Znałam go doskonale. Ten sam charakterystyczny łuk litery „D”, to samo pochylenie nazwiska, które widziałam setki razy na kartkach urodzinowych, umowach, dokumentach kredytowych i formularzach, które przynosił do domu. Nie mogłam wmówić sobie, że to pomyłka.
— W takim razie powiedz mi, jak wygląda — odpowiedziałam.
Daniel otworzył usta, ale Wioletta była szybsza.
— Nie musisz się jej z niczego tłumaczyć.
Odwróciłam głowę w jej stronę.
Jeszcze kilkanaście minut wcześniej traktowała mnie jak kobietę, której można wylać wino na sukienkę i zostawić przy drodze. Teraz w jej oczach nie było pogardy. Było coś znacznie bardziej interesującego.
Strach.
— Cztery miliony dwieście tysięcy złotych — powiedziałam spokojnie. — Tyle otrzymała twoja spółka od Baltic Crown w ciągu dwóch lat. Za „doradztwo strategiczne”. Chciałabym wiedzieć, czego dokładnie dotyczyło to doradztwo.
Klaudia spojrzała na matkę.
— Jakiej spółki?
Wioletta zacisnęła szczękę.
— To moje prywatne interesy.
— Już nie — odezwał się Kowalski. — Baltic Crown jest przedmiotem audytu poprzedzającego przejęcie. Każda transakcja z podmiotem powiązanym musi zostać wyjaśniona.
Daniel podszedł do mnie.
— Maja, posłuchaj. Mama poprosiła mnie kiedyś o podpisanie kilku dokumentów. Powiedziała, że chodzi o formalności związane z konsultingiem.
— I podpisałeś?
— Tak, ale…
— Bez przeczytania?
Milczał.
To milczenie było odpowiedzią.
Wioletta uderzyła dłonią w stół.
— Dosyć! Daniel jest moim synem. Pomógł rodzinie. Nie zrobił niczego złego.
— Więc dlaczego się boisz? — zapytałam.
Jej twarz znieruchomiała.
Kowalski przesunął w moją stronę tablet.
— Audytorzy znaleźli jeszcze coś.
Na ekranie widniał schemat przepływu pieniędzy. Baltic Crown płaciło spółce Wioletty. Pieniądze przechodziły następnie przez dwa inne podmioty, po czym część trafiała na rachunek inwestycyjny.
Nazwisko właściciela rachunku sprawiło, że serce uderzyło mi mocniej.
Daniel Marciniak.
Spojrzałam na męża.
— Osiemset sześćdziesiąt tysięcy złotych.
Daniel pobladł.
— Nie wiedziałem o tym rachunku.
— Rachunek jest na twoje nazwisko.
— Mówię prawdę.
— Daniel — odezwała się Wioletta ostrzegawczo.
Odwrócił się do niej.
— Co?
Po raz pierwszy zobaczyłam między nimi coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Daniel nie wyglądał jak wspólnik przyłapany na oszustwie. Wyglądał jak człowiek, który zaczyna rozumieć, że ktoś wykorzystał jego zaufanie.
— Mamo, co zrobiłaś?
— Nic, czego nie zrobiłaby matka dbająca o przyszłość swojego syna.
— Założyłaś rachunek na moje nazwisko?
Wioletta milczała.
Klaudia poderwała się z miejsca.
— Czy wy wszyscy oszaleliście? Przecież mama nie jest przestępczynią.
— Nikt tego nie powiedział — odparłam. — Jeszcze.
Wioletta spojrzała na mnie z taką nienawiścią, że niemal poczułam ją na skórze.
— Myślisz, że wygrałaś, bo masz kilka hoteli?
— Nie próbuję wygrać.
— Oczywiście, że próbujesz. Przez siedem lat udawałaś biedną dziewczynę, żeby nas obserwować.
Podeszłam bliżej.
— Nie udawałam biednej. Nigdy nie pytałaś, kim jestem. Sama zdecydowałaś, kim według ciebie muszę być, ponieważ moje sandały nie kosztowały tyle co twoja torebka.
Wioletta już miała odpowiedzieć, kiedy telefon Kowalskiego zawibrował.
Przeczytał wiadomość i zmarszczył brwi.
— Pani prezes, audytor prowadzący sprawę chce pilnie z panią rozmawiać.
— Połącz go.
Kowalski włączył głośnik.
— Pani Arden? — odezwał się męski głos. — Przepraszam za późną informację, ale właśnie otrzymaliśmy dokumentację z jednego z banków. Sytuacja jest poważniejsza, niż sądziliśmy.
Spojrzałam na Wiolettę.
— Słucham.
— Spółka pani Marciniak nie była jedynym odbiorcą środków. Znaleźliśmy jeszcze trzy podmioty. Wszystkie zostały zarejestrowane pod różnymi nazwiskami, ale prowadzą do tej samej osoby.
— Do Wioletty?
Zapadła krótka cisza.
— Nie.
Wioletta zamknęła oczy.
To wystarczyło.
— Do kogo? — zapytałam.
— Do człowieka nazwiskiem Robert Marciniak.
Daniel zamarł.
Klaudia wypuściła telefon z ręki. Urządzenie uderzyło o stół.
Nie znałam tego nazwiska tylko z rodzinnych opowieści.
Robert Marciniak był ojcem Daniela.
Według Wioletty zmarł jedenaście lat temu na zawał podczas podróży służbowej w Austrii.
Daniel usiadł powoli.
— To niemożliwe.
— Mamy dokumenty bankowe sprzed sześciu miesięcy — odpowiedział audytor. — Ktoś używający tego nazwiska osobiście autoryzował transakcję w Gdańsku.
Spojrzałam na Wiolettę.
— Twój mąż żyje?
Nie odpowiedziała.
Daniel podszedł do matki.
— Mamo.
Wioletta wpatrywała się w stół.
— Spójrz na mnie.
Nic.
— Powiedziałaś mi, że widziałaś jego ciało.
Jej palce zaczęły drżeć.
— Daniel…
— Przez jedenaście lat chodziłem na jego grób!
— Nie rozumiesz.
— To mi wytłumacz!
Jego krzyk odbił się od ścian sali. Wioletta w końcu podniosła wzrok. W jej oczach pojawiły się łzy, lecz nie wyglądały jak łzy kobiety przyłapanej na kłamstwie. Wyglądały jak łzy kogoś, kto przez lata czekał na moment, którego panicznie się bał.
— Twój ojciec nie umarł — wyszeptała.
Daniel cofnął się o krok.
Klaudia zakryła usta dłonią.
— Gdzie on jest? — zapytałam.
Wioletta spojrzała na mnie.
— Jeśli Arden Capital naprawdę przejmie Baltic Crown, on sam was znajdzie.
— Dlaczego?
Jej twarz nagle stwardniała.
— Bo Baltic Crown nigdy nie należało do ludzi, od których próbujesz je kupić.
W tej samej chwili ktoś zapukał do drzwi.
Kowalski otworzył.
Stał tam pracownik recepcji, wyraźnie zdenerwowany.
— Przepraszam, pani prezes. W lobby czeka mężczyzna. Nie chce podać celu wizyty. Powiedział tylko, że pani Marciniak będzie wiedziała, kim jest.
— Nazwisko?
Recepcjonista przełknął ślinę.
— Robert Marciniak.
Daniel spojrzał na matkę.
Wioletta zrobiła się biała jak ściana.
A potem powiedziała coś, czego nikt z nas się nie spodziewał.
— Maja, cokolwiek zrobi, nie pozwól mu dowiedzieć się, że dokumenty przejęcia są już tutaj.







No comments yet