Patrzyłam na ekran tak długo, że litery zaczęły rozmazywać mi się przed oczami.
„Jeżeli coś mi się stanie, Maja nigdy nie może zaufać Robertowi Marciniakowi.”
Nie potrzebowałam ekspertyzy grafologicznej, żeby rozpoznać pismo ojca. Przez lata przechowywałam jego stare notatniki, kartki z życzeniami i krótkie wiadomości zostawiane kiedyś na lodówce. Charakterystyczne „M” w moim imieniu wyglądało dokładnie tak samo.
Podniosłam wzrok na Roberta.
— Proszę wyjść.
Daniel drgnął.
— Maja…
— Nie powiedziałam, że wszyscy. Powiedziałam, że on.
Robert nie ruszył się.
— Jeśli mnie teraz wyrzucisz, popełnisz błąd.
— Mój ojciec ostrzegł mnie przed panem przed swoją śmiercią. To wystarczający powód, żebym przynajmniej przez najbliższe dziesięć minut nie słuchała pańskich wyjaśnień.
— Nie wiesz, dlaczego napisał tę wiadomość.
— Właśnie dlatego jeszcze nie wezwałam policji.
Wioletta obserwowała nas w milczeniu. Zniknęła z jej twarzy wcześniejsza satysfakcja. Zauważyłam coś dziwnego: kiedy zobaczyła wiadomość mojego ojca, nie wyglądała na zaskoczoną.
— Ty o niej wiedziałaś — powiedziałam.
Jej oczy spotkały moje.
— Wiedziałam, że twój ojciec przestał ufać Robertowi.
— Dlaczego?
— Bo odkrył, co zrobił.
Robert uderzył dłonią w stół.
— Przestań kłamać!
Daniel stanął między rodzicami.
— Jedenaście lat myślałem, że nie żyjesz. Nie masz prawa wejść tutaj i krzyczeć na kogokolwiek.
Robert patrzył na syna przez kilka sekund. Gniew zniknął z jego twarzy.
— Masz rację.
Odwrócił się i ruszył ku drzwiom, lecz zanim wyszedł, zatrzymał się obok mnie.
— Sprawdź datę utworzenia pliku — powiedział cicho. — Nie datę zeskanowania. Datę powstania dokumentu.
Spojrzałam na niego.
— Dlaczego?
— Bo twój ojciec napisał tę wiadomość dwa dni po tym, jak podobno zginął.
W sali zapadła cisza.
Robert wyszedł.
Natychmiast spojrzałam na Kowalskiego.
— Sprawdź.
Usiadł przy laptopie i skontaktował się z audytorem. Czekaliśmy może trzy minuty, ale miałam wrażenie, że minęła godzina. Daniel chodził od okna do stołu. Klaudia siedziała nieruchomo. Wioletta stała przy barku, odwrócona do nas plecami.
Kowalski w końcu uniósł głowę.
— Skan wykonano wiele lat później. Według rejestru archiwum oryginalna koperta została przyjęta dwa dni po oficjalnej dacie śmierci pani ojca.
Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
— To niemożliwe.
Mój ojciec zginął w wypadku na drodze pod Gdańskiem. Samochód spłonął. Identyfikacji dokonano na podstawie dokumentów, rzeczy osobistych i późniejszych badań. Miałam dwadzieścia cztery lata. Pamiętałam telefon w środku nocy, pogrzeb i pustkę, która została po nim.
— Kto dostarczył kopertę? — zapytałam.
— Tego jeszcze nie wiemy.
Wioletta powoli odstawiła kieliszek wody.
— Maja, nie idź tą drogą.
Odwróciłam się.
— Jaką drogą?
— Są rzeczy, które lepiej zostawić zmarłym.
— Przed chwilą dowiedziałam się, że twój „zmarły” mąż siedział przy tym stole. Wybacz, ale przestałam ufać rodzinnym informacjom o śmierci.
Daniel spojrzał na matkę.
— Powiedz jej wszystko.
— Nie mogę.
— Nie chcesz.
— Nie mogę! — krzyknęła.
To był pierwszy raz, kiedy widziałam Wiolettę naprawdę tracącą kontrolę.
Klaudia zaczęła płakać.
— Mamo, czego się boisz?
Wioletta spojrzała na córkę, potem na Daniela. Jej ramiona opadły.
— Dwanaście lat temu wasz ojciec i ojciec Mai prowadzili wspólnie interesy. Baltic Crown miało być początkiem większego projektu. Potem zaczęły znikać pieniądze. Ojciec Mai podejrzewał Roberta.
— Słusznie? — zapytałam.
Wioletta zawahała się.
— Częściowo.
To jedno słowo mnie zatrzymało.
— Co znaczy „częściowo”?
— Robert wykonywał przelewy. Ale nie dla siebie.
Daniel zmarszczył brwi.
— Dla kogo?
Wioletta spuściła wzrok.
— Dla twojego ojca, Maja.
Poczułam nagły gniew.
— Uważaj.
— Wiem, jak to brzmi. Twój ojciec odkrył mechanizm pozwalający ukrywać środki poza oficjalnymi księgami. Robert mu pomagał. Potem coś między nimi się wydarzyło.
— Co?
— Nie wiem. Naprawdę. Wiem tylko, że na trzy dni przed wypadkiem twój ojciec przyszedł do naszego domu. Był przerażony. Pokłócił się z Robertem. Powiedział jedno zdanie, którego nigdy nie zapomniałam.
— Jakie?
Wioletta spojrzała na mnie.
— „Jeżeli Maja dowie się, komu naprawdę należy się Arden Group, stracimy wszystko.”
Nie odpowiedziałam.
Arden Group należało do mojego ojca. Po jego śmierci odziedziczyłam udziały zgodnie z testamentem. Przez dwanaście lat nikt tego nie kwestionował.
Kowalski nagle odchrząknął.
— Pani prezes, jest jeszcze coś w plikach.
Na ekranie pojawił się zeskanowany dokument sprzed ponad dwudziestu lat. Akt założycielski jednej ze spółek, z których później powstała Arden Group.
Były na nim dwa nazwiska.
Mojego ojca.
I Roberta Marciniaka.
Daniel podszedł bliżej.
— Czyli nasi ojcowie byli wspólnikami od początku?
— Na to wygląda — powiedział Kowalski.
Przesunęłam wzrokiem niżej.
Przy nazwisku Roberta widniała adnotacja o późniejszym przeniesieniu udziałów. Dokument odsyłał do osobnej umowy.
— Znajdź tę umowę.
Kowalski zaczął przeszukiwać pliki.
Wtedy zadzwonił mój telefon.
Numer zastrzeżony.
Odebrałam.
— Słucham?
Przez chwilę słyszałam tylko oddech.
Potem odezwał się mężczyzna.
— Maju?
Zamarłam.
Ten głos był starszy, słabszy, ale znałam go lepiej niż jakikolwiek inny.
Przez dwanaście lat słyszałam go tylko w starych nagraniach.
— Kim pan jest?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie podpisuj przejęcia Baltic Crown — powiedział mężczyzna. — Robert nie jest twoim największym problemem.
Ścisnęłam telefon.
— Kim pan jest?
Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.
— To ja, córeczko.
Przestałam oddychać.
— Twój ojciec.







No comments yet