Rozrywka

Trzej studenci złamali szczękę mojej córki. Nie wiedzieli, kogo zmusili do powrotu

O świcie Zespół Operacyjny Widmo powrócił z martwych.

Radecki zjawił się pierwszy. Miał na sobie grafitowy garnitur, ale poruszał się jak żołnierz, który tak naprawdę nigdy nie przeszedł na emeryturę. Po nim przybyli Borkowski, Kania i Czarnecka. Każde z nich weszło do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego osobno.

Spotkaliśmy się w nieużywanym gabinecie konsultacyjnym.

Czarnecka położyła tablet na stole.

— Kamery na kampusie wcale się nie zepsuły — powiedziała. — Zostały zdalnie wyłączone na jedenaście minut.

— Przez kogo?

Powiększyła zapis z dziennika bezpieczeństwa.

— Przez kogoś, kto użył danych dostępowych przypisanych do biura senator Halickiej.

Borkowski przesunął w moją stronę trzy teczki.

Kacper Kolski miał na koncie dwa utajnione zgłoszenia dotyczące napaści. Bartosz Halicki zapłacił studentce, żeby wycofała oskarżenie o nękanie. Tymon Witkowski został wyrzucony z prywatnej szkoły po tym, jak inna dziewczyna trafiła do szpitala, ale jego rodzina doprowadziła do zniknięcia całej dokumentacji.


Trzech drapieżników chronionych przez trzy wpływowe rodziny.

Wtedy odezwał się Kania.

— Był świadek.

Podniosłem wzrok.

— Student pierwszego roku, Jakub Nowak, widział atak z budynku chemii. Ochrona kampusu zabrała mu telefon i zagroziła, że jeśli zacznie mówić, oskarżą go o posiadanie narkotyków.

— Gdzie jest?

— Zaginął.

Poczułem w piersi zimny ciężar.

Radecki pochylił się do przodu.

— Ustaliliśmy ostatnią lokalizację Jakuba. Opuszczony wojskowy ośrodek szkoleniowy poza miastem.


Dwadzieścia minut później byliśmy już w drodze.

Zostałem przy Lenie do chwili, gdy pielęgniarka przyniosła jej leki. Zanim wyszedłem, otworzyła oczy i zapisała na kartce trzy słowa.

CHCIELI CIEBIE, TATO.

Wpatrywałem się w wiadomość.

Nie chodziło o to, żebym jej pomógł.

Chodziło o mnie.

Na terenie dawnego ośrodka szkoleniowego Kania wyważył drzwi zardzewiałego magazynu.

Znaleźliśmy Jakuba żywego. Był przywiązany do krzesła, przerażony, ale nie odniósł obrażeń.

Natychmiast rozpoznał mnie na zdjęciu.

— Cały czas pytali o pana — wyszeptał. — Mówili, że Lena nigdy nie była prawdziwym celem.


Poczułem, jak krew zamarza mi w żyłach.

— Kto tak powiedział?

Zanim zdążył odpowiedzieć, odezwał się telefon Czarneckiej.

Spojrzała na ekran i w jednej chwili zbladła.

— Pułkowniku — powiedziała — ktoś właśnie dostał się na piętro Leny, używając wojskowych uprawnień dostępu najwyższego szczebla.

Wtedy zadzwonili ze szpitala.

Sala Leny była pusta.

Na jej poduszce leżał mój żeton Zespołu Widmo.

A pod nim znajdowała się wiadomość napisana charakterem pisma mojej zmarłej żony.


**Ciąg dalszy — kliknij Część 3, aby czytać dalej.**

No comments yet