Kartka na poduszce Leny była złożona dokładnie tak, jak jej matka składała kiedyś krótkie wiadomości zostawiane mi na stole.
Na pół.
Potem jeszcze raz na pół.
Stałem przy pustym łóżku córki i przez kilka sekund nie potrafiłem jej dotknąć.
Radecki pojawił się obok mnie, ale nic nie powiedział.
Wiedział, że istnieją chwile, w których nawet najlepszy żołnierz musi najpierw pozwolić człowiekowi w sobie zrozumieć, co właśnie zobaczył.
Rozłożyłem kartkę.
Było na niej tylko jedno zdanie.
„Daniel, drugi raz nie zdążysz. Obiekt 17. Sam.”
Pismo było idealne.
Nie podobne.
Nie podrobione niedbale na podstawie starego podpisu.
Idealne.
Charakterystyczne pochylenie litery „D”. Zbyt długi ogonek przy „j”. Mała przerwa przed kropką, której moja żona nigdy nie zauważała, choć żartowałem z niej o tym przez lata.
Ścisnąłem papier tak mocno, że zatrzeszczał.
— Kto miał dostęp do jej listów? — zapytał Radecki.
— Nikt.
Odwróciłem się do niego.
— Wszystko spaliłem po jej śmierci.
Po raz pierwszy od chwili, gdy go wezwałem, zobaczyłem na jego twarzy prawdziwe zaniepokojenie.
Czarnecka pracowała już przy stanowisku pielęgniarek. Szpital twierdził, że Lena została przewieziona na badanie tomograficzne o 05:18.
Problem polegał na tym, że pracownia tomografii nie miała żadnego zaplanowanego badania na jej nazwisko.
— To nie był personel szpitala — powiedziała Czarnecka. — Dwóch mężczyzn weszło na piętro w mundurach wojskowej służby medycznej. System zaakceptował ich identyfikatory bez żadnego dodatkowego sprawdzenia.
— Numery?
Spojrzała na mnie.
— Prawdziwe.
— Do kogo należą?
— Do dwóch ratowników medycznych stacjonujących ponad czterysta kilometrów stąd. Obaj są teraz na ćwiczeniach. Ich karty nadal mają przy sobie.
Borkowski wrócił z pomieszczenia ochrony.
— Mamy nagranie z garażu.
Na ekranie pojawiła się biała wojskowa karetka.
Dwóch ludzi wyprowadzało nosze przez boczne wejście. Lena leżała pod kocem, podłączona do kroplówki. Jej głowa była częściowo zasłonięta.
Ale jej lewa ręka zwisała poza krawędź noszy.
Zacisnąłem szczękę.
Znałem tę rękę od dnia, w którym po raz pierwszy owinęła maleńkie palce wokół mojego kciuka.
To była ona.
— Przybliż kierowcę — powiedziałem.
Czarnecka zatrzymała obraz.
Twarz kierowcy zasłaniała czapka.
Ale kiedy mężczyzna odwrócił się w stronę kamery, zobaczyłem naszywkę na jego rękawie.
Czarna tarcza.
Srebrna czaszka.
W pomieszczeniu zapadła cisza.
Symbol Widma.
— Niemożliwe — wyszeptał Borkowski.
— Ten wzór nigdy nie był używany oficjalnie — powiedział Radecki. — Mieliśmy go tylko my.
— I ludzie, którzy nas stworzyli — odpowiedziałem.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
Przez dziewiętnaście lat wierzyłem, że przeszłość została zamknięta razem z ostatnią teczką dotyczącą Zespołu Operacyjnego Widmo.
Teraz ktoś nie tylko znał nasze symbole.
Znał pismo mojej żony.
Miał dostęp do wojskowych systemów najwyższego szczebla.
I wiedział o Obiekcie 17.
— Co to jest? — zapytała Czarnecka.
Nie odpowiedziałem od razu.
Obiekt 17 był miejscem, o którym nawet większość członków mojego zespołu nie wiedziała.
Nie był bazą.
Był magazynem zabezpieczającym.
Stary kompleks wojskowy ukryty pod nieczynną stacją łączności, używany przez lata do przechowywania materiałów z operacji, których państwo nigdy nie zamierzało oficjalnie uznać.
Dokumentów.
Nośników danych.
Przechwyconych urządzeń.
Dowodów przeciwko ludziom, którzy oficjalnie nie istnieli.
Po moim odejściu osobiście uczestniczyłem w procedurze zamknięcia obiektu.
— Miejsce powinno być martwe od dziewiętnastu lat — powiedziałem.
Radecki spojrzał na kartkę.
— Najwyraźniej ktoś się z tobą nie zgadza.
Kania wszedł do pomieszczenia.
— Mam coś jeszcze.
Położył na stole przezroczysty worek dowodowy.
W środku znajdowała się plastikowa opaska, którą Lena miała wcześniej na nadgarstku.
— Znalazłem ją przy wyjeździe z garażu. Musiała ją zerwać albo zsunąć z ręki.
Na odwrocie opaski widniały cztery cyfry zapisane długopisem.
7134.
Radecki zmarszczył brwi.
Ja znałem ten numer.
— Lena tego nie napisała — powiedział Borkowski.
— Nie.
Wziąłem opaskę.
— To kod alarmowy Widma.
Każdy członek zespołu znał serię prostych kodów, których używaliśmy, gdy nie można było mówić otwarcie.
7134 oznaczało jedno.
„Jestem obserwowany. Nie wierz instrukcjom.”
Poczułem mieszaninę dumy i strachu.
Lena nie znała naszych kodów.
Ktoś musiał jej go powiedzieć.
A to oznaczało, że wśród ludzi, którzy ją zabrali, znajdowała się osoba próbująca nam pomóc.
Albo osoba, która chciała, żebyśmy dokładnie tak pomyśleli.
— Pułkowniku — odezwała się Czarnecka.
Na jej ekranie pojawiła się dokumentacja wyjazdu wojskowej karetki.
— Znalazłam autoryzację transportu.
Obok numeru pojazdu widniał zaszyfrowany podpis elektroniczny.
Czarnecka przez chwilę patrzyła na ekran, jakby sama nie wierzyła w to, co widzi.
— Transport Leny został zatwierdzony o 05:11 przez konto dowódcy z najwyższym poziomem uprawnień.
— Nazwisko.
Nie odpowiedziała.
— Czarnecka.
Odwróciła tablet w moją stronę.
Na ekranie widniało:
PUŁKOWNIK DANIEL WRONA.
AUTORYZACJA POTWIERDZONA.
Moje konto.
To samo, które zgodnie z dokumentacją wojskową dezaktywowano dziewiętnaście lat wcześniej.
Ktoś nie tylko wyciągnął Widmo z grobu.
Używał mojego nazwiska, żeby wydawać rozkazy.
— Dokąd pojechała karetka? — zapytałem.
Palce Czarneckiej przesunęły się po ekranie.
— Oficjalny nadajnik wyłączono trzy minuty po opuszczeniu szpitala.
— A nieoficjalny?
Spojrzała na mnie.
Po raz pierwszy tego ranka lekko się uśmiechnęła.
— Wiedziałam, że o to pan zapyta.
Na mapie pojawiła się pojedyncza migająca kropka.
Poruszała się na północ.
W kierunku lasów znajdujących się poza miastem.
W kierunku miejsca, którego współrzędne pamiętałem lepiej niż własny adres.
Obiektu 17.
Radecki sięgnął po telefon.
— Zbieram ludzi.
— Nie.
Spojrzał na mnie ostro.
Wskazałem wiadomość.
„Sam.”
— Oni oczekują, że pojadę tam bez zespołu.
— I zamierzasz?
Podszedłem do okna.
Przez szybę widziałem pierwsze światła poranka.
Dziewiętnaście lat temu obiecałem sobie, że Daniel Wrona już nie istnieje.
Że moja córka nigdy nie będzie musiała płacić za rzeczy, które zrobił jej ojciec.
Ktoś właśnie udowodnił mi, jak bardzo się myliłem.
— Pojadę sam — powiedziałem.
Radecki zaklął pod nosem.
Odwróciłem się do niego.
— Ale Widmo pojedzie ze mną.
Borkowski zrozumiał pierwszy.
Nie mieli być obok mnie.
Mieli być wszędzie dookoła.
Bez świateł.
Bez sygnałów.
Bez śladu.
Tak jak dawniej.
Godzinę później zatrzymałem samochód kilometr od Obiektu 17.
Dalszą drogę pokonałem pieszo.
Las był mokry po nocnym deszczu.
Stara stacja łączności pojawiła się między drzewami dokładnie tam, gdzie ją pamiętałem.
Betonowe ściany.
Zardzewiała antena.
Brama, która zgodnie z wojskowymi dokumentami została zaspawana prawie dwie dekady temu.
Teraz była otwarta.
Wszedłem do środka.
Światła w podziemnym korytarzu zapalały się jedno po drugim.
Ktoś na mnie czekał.
Na końcu korytarza zobaczyłem krzesło.
Na nim leżał telefon Leny.
Ekran rozświetlił się dokładnie w chwili, gdy podszedłem bliżej.
Rozpoczęło się odtwarzanie nagrania.
Na ekranie pojawiła się Lena.
Żyła.
Siedziała w nieznanym pomieszczeniu.
Obok niej stał mężczyzna, którego twarz pozostawała poza kadrem.
A potem usłyszałem głos.
Głos, którego nie słyszałem od dziewiętnastu lat.
— Witaj w domu, pułkowniku Wrona.
Zamarłem.
Bo znałem ten głos.
I człowiek, do którego należał, według oficjalnych dokumentów wojskowych nie żył od siedemnastu lat.
Ciąg dalszy — kliknij Część 4, aby czytać dalej.







No comments yet