Rozrywka

Trzej studenci złamali szczękę mojej córki. Nie wiedzieli, kogo zmusili do powrotu

Przez kilka sekund nie oddychałem.

Ten głos należał do generała Aleksandra Gajdy.

Człowieka, który stworzył Zespół Operacyjny Widmo.

Człowieka, który nauczył mnie, że najniebezpieczniejszą bronią nie jest karabin, lecz informacja, której przeciwnik nie wie, że posiadasz.

I człowieka pochowanego siedemnaście lat wcześniej po katastrofie wojskowego śmigłowca nad Bałtykiem.

— Pokaż twarz — powiedziałem.

Na nagraniu Lena drgnęła.

Mężczyzna stojący za nią zrobił krok do przodu.

Siwe włosy. Głębokie bruzdy na twarzy. Blizna ciągnąca się od lewego ucha do szyi.

Gajda.


Starszy.

Chudszy.

Ale żywy.

— Wiedziałem, że mnie rozpoznasz — powiedział.

Spojrzałem na Lenę.

Oddychała spokojnie. Nie widziałem nowych obrażeń.

— Jeśli ją skrzywdzisz...

— Nie ja złamałem jej szczękę.

Jego odpowiedź padła natychmiast.

— I gdybym chciał skrzywdzić twoją córkę, Danielu, nie siedziałaby teraz przede mną żywa.


Zacisnąłem pięści.

— Gdzie ona jest?

Gajda spojrzał prosto w kamerę.

— Bliżej, niż myślisz.

Nagranie się urwało.

W tej samej chwili ciężkie stalowe drzwi po mojej lewej stronie odblokowały się z głuchym kliknięciem.

Nie ruszyłem się.

W słuchawce ukrytej pod kołnierzem usłyszałem głos Radeckiego.

— Mamy cię. Czarnecka widzi instalację. Trzy źródła ciepła na niższym poziomie.

— Lena?


— Jedno może być nią. Pozostałe dwa nieruchome.

— Nie wchodźcie, dopóki nie dam sygnału.

— Daniel...

— To rozkaz.

Przeszedłem przez drzwi.

Za nimi znajdowało się centrum operacyjne, które miało nie istnieć.

Monitory świeciły.

Serwery pracowały.

Na ścianie wisiała mapa Europy pokryta czerwonymi znacznikami.

Obiekt 17 nie był opuszczony.


Ktoś utrzymywał go przez wszystkie te lata.

Na stole pośrodku pomieszczenia leżała teczka.

Na okładce widniał napis:

PROJEKT CERBER.

Otworzyłem ją.

Pierwsza strona zawierała nazwiska.

Kolski.

Halicka.

Witkowski.

Nie ich dzieci.


Ich rodziców.

Obok znajdowały się numery kontraktów, transfery finansowe i oznaczenia spółek zajmujących się technologiami wojskowymi.

Przewróciłem kartkę.

Kilka umów podpisano jeszcze przed moim odejściem ze służby.

— Co do diabła... — wyszeptałem.

— Teraz rozumiesz, dlaczego potrzebowałem, żebyś wrócił.

Odwróciłem się.

Gajda stał w drzwiach.

Nie był uzbrojony.

Przynajmniej nie w sposób, który widziałem.


— Gdzie jest Lena?

— Bezpieczna.

Ruszyłem w jego stronę.

— Nie powtarzaj tego słowa, dopóki jej nie zobaczę.

Gajda skinął głową.

— Nadal taki sam.

— Ty podobno nie żyjesz.

— To była konieczność.

— Dla kogo?

— Dla ludzi, którzy przez prawie dwadzieścia lat budowali system, którego właśnie dotknąłeś.


Wskazał teczkę.

— Cerber zaczął się jako program zabezpieczenia strategicznych łańcuchów dostaw. Po kilku latach zmienił się w maszynę do wyprowadzania pieniędzy z kontraktów obronnych i kupowania wpływów.

— A rodziny tych trzech chłopaków?

— Są częścią tej maszyny.

— Więc wykorzystałeś Lenę, żeby wyciągnąć mnie z ukrycia.

Po raz pierwszy jego twarz stwardniała.

— Nie.

Gajda podszedł do monitora i uruchomił nagranie.

Zobaczyłem parking kampusu.

Data wskazywała noc ataku.


Kacper Kolski, Bartosz Halicki i Tymon Witkowski stali obok czarnego samochodu.

Ktoś czwarty znajdował się z nimi.

Mężczyzna w płaszczu.

Nie widziałem twarzy.

Wręczył Kolskiemu kopertę.

Potem pokazał im fotografię.

Moją fotografię.

Nie Daniela Wolskiego.

Pułkownika Daniela Wrony.

Zdjęcie wykonano podczas jednej z operacji Widma.


— Skąd to masz? — zapytałem.

— Z kamery, której nie wyłączyli.

Na ekranie nieznajomy wskazał budynek, w którym później zaatakowano Lenę.

Gajda zatrzymał nagranie.

— Ci chłopcy mieli ją przestraszyć. Zrobić jej krzywdę na tyle dużą, żebyś przestał być ostrożny.

Spojrzałem na niego.

— Złamali jej szczękę w sześciu miejscach.

— Bo są sadystami, których całe życie uczono, że nie istnieją konsekwencje.

— A ty wiedziałeś, że to się stanie?

Cisza trwała sekundę za długo.


Rzuciłem się na niego.

Przycisnąłem Gajdę do ściany.

— Wiedziałeś?

— Wiedziałem, że ktoś zaczął obserwować Lenę. Nie wiedziałem kiedy uderzą.

— Mogłeś mnie ostrzec!

— A komu miałeś zaufać? Policji? Uczelni? Wojsku?

Odepchnąłem go.

— Dlatego zabrałeś ją ze szpitala?

— Moi ludzie zabrali ją kilka minut przed zespołem, który miał zrobić to naprawdę.

Zamarłem.

Gajda podał mi zdjęcie.

Przedstawiało dwóch mężczyzn wychodzących z czarnego samochodu przy szpitalu.

Jeden trzymał broń z tłumikiem ukrytą pod kurtką.

— Kto?

— Jeszcze nie wiem.

— Kłamiesz.

— Nie w tej sprawie.

Drzwi za Gajdą otworzyły się.

Lena stała w nich, wspierana przez kobietę w medycznym uniformie.

Ruszyłem do niej natychmiast.

Objąłem ją ostrożnie, bojąc się dotknąć jej twarzy.

Lena wtuliła się we mnie i zaczęła płakać.

Wszystko inne zniknęło.

Cerber.

Gajda.

Widmo.

Przez chwilę liczyła się tylko moja córka.

Potem odsunęła się i podała mi kartkę.

„Tato, ten człowiek uratował mnie ze szpitala. Ale wiem, kto kazał tamtym trzem mnie zaatakować.”

Spojrzałem na nią.

Lena wskazała monitor.

Czarnecka właśnie odzyskała fragment nagrania z kamery skierowanej na samochód przy kampusie.

Nieznajomy w płaszczu odwrócił głowę.

Obraz był niewyraźny.

Ale twarz dało się rozpoznać.

Radecki odezwał się w mojej słuchawce.

Tym razem jego głos nie był spokojny.

— Pułkowniku... znam tego człowieka.

Na ekranie stał jeden z byłych oficerów, którzy osobiście podpisali rozkaz rozwiązania Zespołu Operacyjnego Widmo dziewiętnaście lat temu.

Ciąg dalszy — kliknij Część 5, aby czytać dalej.

No comments yet