— Generał Marek Sokołowski — powiedział Radecki.
Nazwisko przecięło ciszę w pomieszczeniu.
Pamiętałem Sokołowskiego doskonale.
Dziewiętnaście lat wcześniej był zastępcą szefa pionu operacji specjalnych. To jego podpis znajdował się pod dokumentem, który oficjalnie kończył istnienie Widma.
To on uścisnął mi wtedy rękę i powiedział, że państwo nigdy nie zapomni ludzi, którzy robili rzeczy, o których państwo nie może mówić.
Najwyraźniej sam pamiętał aż za dobrze.
— Żyje? — zapytałem.
Borkowski odpowiedział przez słuchawkę.
— I ma się świetnie. Od siedmiu lat formalnie na emeryturze. Zasiada w radach nadzorczych trzech spółek technologicznych.
Gajda spojrzał na teczkę Cerbera.
— Jedna z nich współpracuje z firmami Witkowskich.
— A pozostałe? — zapytałem.
Czarnecka już pisała.
— Jedna otrzymała kontrakty budowlane realizowane przez konsorcjum Kolskiego. Druga korzystała z poprawek budżetowych przepchniętych przez komisję, w której zasiada senator Halicka.
Trzy rodziny.
Jeden człowiek pośrodku.
Wszystko zaczynało wyglądać mniej jak przypadkowa sieć korupcji, a bardziej jak konstrukcja zaprojektowana przez kogoś, kto wiedział, jak ukrywać ślady.
Lena dotknęła mojego ramienia.
Podała mi kolejną kartkę.
„Widziałam go wcześniej.”
Spojrzałem na nią.
— Gdzie?
Napisała powoli:
„Na uczelni. Dwa tygodnie temu. Rozmawiał z dziekanem.”
Czarnecka natychmiast zaczęła sprawdzać kalendarze uczelni.
— Lena, jesteś pewna?
Skinęła głową.
Potem dopisała:
„Patrzył na mnie.”
Poczułem, jak wszystko we mnie twardnieje.
To nie zaczęło się w noc ataku.
Ktoś wcześniej potwierdził, kim była moja córka.
Sokołowski nie polował na przypadkową dziewczynę.
Polował na mnie.
— Zabieramy Lenę stąd — powiedziałem.
Gajda pokręcił głową.
— Na zewnątrz nie jest bezpieczniejsza.
Odwróciłem się do niego.
— Nie będziesz już decydował za mnie.
Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
Dawniej taki spór kończył się rozkazem.
Teraz nie byłem już jego podwładnym.
Byłem ojcem.
— Mam bezpieczny dom — odezwał się Radecki. — Nikt spoza naszej starej sieci o nim nie wie.
— A właśnie ustaliliśmy, że ktoś zna naszą starą sieć — odpowiedziałem.
Cisza.
To był problem, którego nikt nie chciał wypowiedzieć głośno.
Jeśli Sokołowski znał Obiekt 17, nasze oznaczenia i stare konta dostępowe, mógł znać także część procedur Widma.
Musieliśmy zacząć działać inaczej niż dawniej.
— Zmieniamy zasady — powiedziałem. — Żadnych dawnych kryjówek. Żadnych wojskowych kanałów. Żadnych urządzeń, których używaliśmy przed laty.
Czarnecka uniosła wzrok.
— To komplikuje wszystko.
— Właśnie dlatego może zadziałać.
Lena ścisnęła moją rękę.
Spojrzałem na nią.
W jej oczach zobaczyłem strach, ale także coś jeszcze.
Pytanie.
Nie o Sokołowskiego.
O mnie.
Przez dziewiętnaście lat mówiłem córce półprawdy.
Teraz siedziała w tajnym wojskowym obiekcie, otoczona ludźmi, którzy zwracali się do mnie „pułkowniku”, i patrzyła na człowieka, którego dotąd znała jako spokojnego właściciela firmy konsultingowej.
Wiedziałem, że kiedy to się skończy, będę musiał jej wszystko wyjaśnić.
Jeśli przeżyjemy.
Czarnecka przerwała moje myśli.
— Mam coś.
Na głównym ekranie pojawiły się dane finansowe.
— Sokołowski dostał trzy duże przelewy w ciągu ostatniego miesiąca. Wszystkie przez fundację zarejestrowaną za granicą. Ale jeden przelew wrócił do Polski.
— Dokąd?
— Do prywatnej firmy ochroniarskiej ochraniającej kampus.
To tłumaczyło wyłączone kamery.
Zabrany telefon Jakuba.
Znikające zgłoszenia.
— Jest więcej — powiedziała.
Otworzyła drugi dokument.
— Osiem godzin przed atakiem na Lenę firma ochroniarska otrzymała polecenie przeprowadzenia „testu awaryjnego systemu monitoringu” dokładnie w sektorze Wydziału Nauk Ścisłych.
— Podpis?
Czarnecka zawahała się.
— Zastępca rektora do spraw administracyjnych, profesor Jerzy Malinowski.
Borkowski zaklął.
— Malinowski jest w radzie fundacji Witkowskich.
Układ zaczynał się domykać.
Ale nadal czegoś brakowało.
— Sokołowski nie zrobił tego tylko po to, żeby mnie sprowokować — powiedziałem. — Gdyby chciał mnie zabić, miał dziewiętnaście lat.
Gajda skinął głową.
— Też tak uważam.
— Więc czego chce?
Nie odpowiedział.
Spojrzałem na teczkę Cerbera.
I wtedy zrozumiałem.
— On czegoś szuka.
Gajda przestał się poruszać.
— Czego?
— Czegoś, co było związane z Widmem.
Podszedłem do starego terminala.
— Sokołowski zmusza mnie do powrotu. Zostawia ślady. Prowadzi mnie do Obiektu 17. To nie jest zemsta.
Radecki dokończył za mnie:
— To polowanie na coś, do czego tylko ty masz dostęp.
Wtedy Lena gwałtownie zaczęła pisać.
Podała mi kartkę.
„Kiedy mnie zabrali ze szpitala, jeden z ludzi powiedział przez radio: «Jeśli Wrona przyjedzie, otworzy skarbiec».”
Spojrzałem na Gajdę.
Tym razem to jego twarz pobladła.
— Nie — powiedział.
— Co?
— Skarbiec Widma.
Radecki milczał.
Borkowski przestał mówić.
Nawet Czarnecka odsunęła dłonie od klawiatury.
— Myślałem, że został zniszczony — powiedziałem.
— Miał zostać.
— Co w nim jest?
Gajda patrzył na mnie kilka sekund.
— Oryginalne archiwum operacyjne Widma.
Poczułem chłód.
To nie były zwykłe raporty.
Takie archiwum mogło zawierać prawdziwe nazwiska informatorów, tajne operacje, kontakty zagraniczne, źródła wywiadowcze i dowody działań, których ujawnienie mogło zniszczyć kariery, firmy, a być może całe struktury państwowe.
— Gdzie jest?
— Nie wiem.
— Kłamiesz.
Gajda pokręcił głową.
— Znałem tylko procedurę. Skarbiec zaprojektowano tak, żeby nikt nie znał całego mechanizmu dostępu.
— Kto znał?
Spojrzał na mnie.
— Dowódca Widma.
Przez chwilę nie rozumiałem.
Potem przypomniałem sobie noc rozwiązania zespołu.
Ceremonię, której oficjalnie nigdy nie było.
Metalową skrzynkę.
Dokument, który kazano mi podpisać.
I mały przedmiot przekazany mi przez generała Gajdę.
Czarny żeton.
Ten sam, który przez dziewiętnaście lat nosiłem w portfelu.
Ten sam, który ktoś zostawił na poduszce Leny.
Odwróciłem go w dłoni.
Srebrna czaszka.
WIDMO NIGDY NIE UMIERA.
— To nie był żeton pamiątkowy — powiedziałem.
Gajda powoli pokręcił głową.
— Nigdy nim nie był.
Czarnecka wstała.
— Pułkowniku...
Spojrzałem na nią.
Na ekranie pojawił się nowy komunikat.
Ktoś właśnie uruchomił próbę dostępu do nieaktywnego od dziewiętnastu lat wojskowego systemu archiwalnego.
Próba została odrzucona.
Pod spodem widniał komunikat:
WYMAGANY KLUCZ DOWÓDCY.
A sekundę później mój telefon zadzwonił.
Numer zastrzeżony.
Odebrałem.
Głos Sokołowskiego był spokojny.
— Danielu, skoro już wiesz, czego potrzebuję, możemy wreszcie przestać krzywdzić niewinnych ludzi.
Spojrzałem na Lenę.
— Zbliżysz się do mojej córki jeszcze raz, a będziesz żałował, że mnie odnalazłeś.
Sokołowski zaśmiał się cicho.
— Wciąż myślisz, że chodzi tylko o twoją córkę.
Zapadła krótka cisza.
— Masz sześć godzin, pułkowniku.
— Na co?
— Na otwarcie skarbca.
Połączenie zostało przerwane.
Sekundę później Czarnecka spojrzała na mnie z przerażeniem.
— Pułkowniku, Sokołowski właśnie wysłał nam plik.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie.
Jakub Nowak siedział w samochodzie.
Obok niego znajdowała się jego matka.
Pod fotografią widniały tylko cztery słowa:
NASTĘPNYM RAZEM NIE OSTRZEGAM.
Ciąg dalszy — kliknij Część 6, aby czytać dalej.







No comments yet