Malinowski nie próbował już niczego ukrywać.
Zamknął drzwi gabinetu, spojrzał na nieprzytomnego napastnika i wyjął z dolnej szuflady niewielką metalową kasetę.
— Anna zostawiła mi to kilka dni przed porodem — powiedział. — Kazała otworzyć tylko wtedy, gdy ktoś pojawi się z kluczem dowódcy.
Położyłem czarny żeton Widma na biurku.
Profesor zbladł.
W kasetce znajdowała się cienka płytka z wygrawerowanym ciągiem znaków.
— To drugi element zabezpieczenia — powiedział.
„Dowód otwiera prawdę.”
Wreszcie zrozumiałem.
Żeton otwierał skarbiec.
Płytka Anny otwierała to, co znajdowało się w środku.
Zadzwoniłem do Radeckiego.
— Zabierz Lenę, Jakuba i jego matkę do Obiektu 17. Borkowski zostaje z nimi. Ty, Kania i Czarnecka jedziecie do współrzędnych z pliku Anny.
— A Malinowski?
Spojrzałem na profesora.
— Jedzie ze mną.
Godzinę później staliśmy przed opuszczonym wojskowym węzłem łączności.
Z zewnątrz wyglądał jak betonowy bunkier pozostawiony naturze.
W środku wszystko było martwe.
Dopóki nie przyłożyłem żetonu do czarnego panelu ukrytego za metalową osłoną.
Zapaliło się jedno zielone światło.
Potem drugie.
Pod naszymi stopami rozległ się ciężki mechaniczny trzask.
Fragment podłogi przesunął się, odsłaniając schody prowadzące pod ziemię.
— Dziewiętnaście lat — wyszeptał Radecki. — I cały czas było tutaj.
Zeszliśmy.
Na końcu korytarza czekały stalowe drzwi.
Panel rozpoznał żeton.
Drzwi się otworzyły.
Za nimi znajdowało się niewielkie pomieszczenie z jednym terminalem i szeregiem hermetycznych pojemników.
Żadnych stosów papierów.
Żadnego archiwum, jakie sobie wyobrażałem.
Tylko dane.
Czarnecka podłączyła płytkę Anny.
Monitor rozbłysnął.
Na ekranie pojawiła się wiadomość:
AUTORYZACJA ANALITYK A.W.
ARCHIWUM CERBER ODBLOKOWANE.
Pierwsze pliki dotyczyły kontraktów.
Firmy Kolskiego zawyżały ceny robót przy obiektach wojskowych.
Spółki Witkowskich pośredniczyły w zakupach technologii przez sieć firm zarejestrowanych za granicą.
Biuro Halickiej pomagało blokować kontrole i przesuwało odpowiednich ludzi do komisji nadzorujących wydatki.
Malinowski zamknął oczy.
— To wystarczy, żeby zniszczyć ich wszystkich.
— Nie po to Anna zbudowała skarbiec — powiedziałem.
Czarnecka spojrzała na katalog oznaczony słowem:
OSTATNIA OPERACJA.
Otworzyła go.
Zobaczyłem mapy, rozkazy, raporty i nagrania z misji, o której przez dziewiętnaście lat próbowałem nie myśleć.
Operacja Nocny Most.
Ostatnia akcja Widma.
Mieliśmy przechwycić człowieka sprzedającego informacje dotyczące polskich i sojuszniczych operacji wojskowych.
Cel uciekł na kilka minut przed naszym przybyciem.
Dwóch moich ludzi zginęło w zasadzce.
Po powrocie zespół rozwiązano.
Przez lata wierzyłem, że zawiódł wywiad.
Czarnecka otworzyła nagranie rozmowy telefonicznej.
Usłyszałem głos Sokołowskiego.
Młodszy.
Ale niewątpliwie jego.
„Trasa zespołu została potwierdzona. Wrona wejdzie od południa. Macie dziewiętnaście minut.”
Radecki odwrócił głowę.
Kania zacisnął pięści.
Nie powiedziałem nic.
Nagranie trwało dalej.
Drugi głos zapytał:
„A jego ludzie?”
Sokołowski odpowiedział:
„Straty są do przyjęcia.”
Przez dziewiętnaście lat nosiłem twarze tych dwóch żołnierzy w pamięci.
Teraz dowiedziałem się, że nie zginęli przez mój błąd.
Zostali sprzedani.
— Jest więcej — powiedziała Czarnecka.
Kolejny katalog nosił nazwę:
ANNA.
Nie chciałem go otwierać.
Musiałem.
Pierwszy dokument był raportem mojej żony.
Anna odkryła powiązania Sokołowskiego z ludźmi, którzy później stworzyli Cerbera.
Zebrała dowody zdrady podczas Operacji Nocny Most.
Planowała przekazać je niezależnym prokuratorom po narodzinach Leny.
Ostatni plik zawierał nagranie audio.
Głos Anny.
Po dziewiętnastu latach usłyszałem ją tak wyraźnie, jakby stała obok mnie.
— Danielu, jeśli tego słuchasz, oznacza to, że nie udało mi się zakończyć tej sprawy.
Musiałem oprzeć dłoń o stół.
— Sokołowski wie, że odkryłam jego rolę. Nie mogę powiedzieć ci teraz prawdy. Gdybyś ją znał, ruszyłbyś za nim, a wtedy wykorzystałby ciebie przeciwko zespołowi. Muszę najpierw zabezpieczyć Lenę.
Zamknąłem oczy.
Jej głos na chwilę zadrżał.
— Jeśli coś mi się stanie podczas porodu, nie zakładaj, że był to przypadek.
Radecki spuścił wzrok.
Czarnecka otworzyła załącznik.
Dokumentacja szpitalna.
Nazwisko lekarza prowadzącego.
Wpłata dokonana dwa dni przed porodem przez spółkę powiązaną z fundacją, którą później kontrolował Sokołowski.
A następnie raport farmaceutyczny.
Lek podany Annie podczas komplikacji nie zgadzał się z tym, który wpisano do dokumentacji.
Nie potrzebowałem nikogo, żeby powiedział mi, co to oznaczało.
Sokołowski zabrał mi żonę.
A dziewiętnaście lat później wykorzystał naszą córkę, żeby dotrzeć do dowodów.
Telefon Czarneckiej zawibrował.
Spojrzała na ekran.
— Ktoś próbuje wejść do kompleksu.
Na monitorach pojawił się obraz z kamer.
Kilka czarnych samochodów zatrzymało się przed bunkrem.
Uzbrojeni ludzie wysiadali jeden po drugim.
A z ostatniego samochodu wyszedł Marek Sokołowski.
Sam.
Bez kamizelki.
Bez broni w dłoniach.
Spojrzał bezpośrednio w kamerę.
Telefon na terminalu zadzwonił.
Odebrałem.
— W końcu znalazłeś prawdę — powiedział.
— Znalazłem również nagranie, na którym sprzedajesz mój zespół.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Danielu, otwórz drzwi.
— Po co?
— Bo obaj wiemy, że jeśli te dane wyjdą na światło dzienne, Cerber pociągnie za sobą znacznie więcej ludzi niż mnie.
Spojrzałem na Czarnecką.
Jednym ruchem rozpoczęła kopiowanie całego archiwum.
— Właśnie na to liczę — powiedziałem.
Sokołowski zaśmiał się cicho.
— Nadal nie rozumiesz.
— Czego?
— Że nie przyjechałem po archiwum.
Zamilkłem.
— Przyjechałem po osobę, która może zeznawać, że zostało sfałszowane.
Spojrzałem na Malinowskiego.
Profesor pobladł.
Sokołowski dokończył:
— I tym razem, Danielu, nie zamierzam zostawiać świadków.
W tej samej chwili zgasło światło.
Ciąg dalszy — kliknij Część 9, aby czytać dalej.







No comments yet