Rozrywka

Trzej studenci złamali szczękę mojej córki. Nie wiedzieli, kogo zmusili do powrotu

Przez kilka sekund patrzyłem na fotografię, nie słysząc nic poza własnym oddechem.

Anna.

Sokołowski.

Malinowski.

I symbol Widma.

Sześć tygodni przed narodzinami Leny.

— Powiększ adnotację — powiedziałem.

Czarnecka przesunęła palcami po ekranie.

„CERBER — ETAP KOŃCOWY.”

Niżej znajdował się jeszcze jeden fragment, niemal całkowicie zasłonięty pieczęcią archiwum.


— Możesz go odzyskać?

— Spróbuję.

Gajda stał nieruchomo.

— Aleksander — powiedziałem. — Co oznaczał etap końcowy?

— Oficjalnie? Zamknięcie programu.

— A nieoficjalnie?

Spojrzał na zdjęcie.

— Anna odkryła, że Cerber przestał być systemem ochrony kontraktów. Ktoś zaczął wykorzystywać go do budowania prywatnej sieci wpływów. Powiedziała mi, że dokumentuje wszystko.

— Kto?

— Nie podała nazwisk.


Zaśmiałem się krótko, bez humoru.

— Moja żona była w ciąży, prowadziła tajne śledztwo dotyczące ludzi z wojska i administracji, a ty pozwoliłeś mi wierzyć, że zajmuje się tłumaczeniami.

— Gdybyś wiedział, próbowałbyś ją powstrzymać.

— Oczywiście, że próbowałbym ją powstrzymać.

— Właśnie dlatego ci nie powiedziała.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać.

Telefon zawibrował.

Borkowski.

— Daniel, Lena przypomniała sobie coś jeszcze.

— Słucham.


— Zdjęcie nie było jedyną rzeczą w teczce. Znalazła kopertę z inicjałami „A.W.”. W środku była karta pamięci.

Spojrzałem na Czarnecką.

— Gdzie jest?

— Lena wsunęła ją do etui telefonu, kiedy usłyszała kogoś wchodzącego do archiwum.

Wszystko nagle stało się jasne.

— Dlatego chcieli jej telefonu.

— Tak.

— A telefon leżał w Obiekcie 17.

Odwróciłem się gwałtownie.

Gajda pokręcił głową.


— Moi ludzie go nie otwierali.

Czarnecka już sprawdzała urządzenie.

Po kilkunastu sekundach wyjęła spod gumowej osłony maleńką kartę pamięci.

— Jest.

Podłączyła ją do odizolowanego terminala.

Na ekranie pojawił się pojedynczy zaszyfrowany plik.

Nazwa:

LENA_19.

Poczułem, jak coś zaciska mi się w żołądku.

— Plik nazwano dziewiętnaście lat temu? — zapytał Radecki.


Czarnecka sprawdziła znacznik czasu.

— Tak.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Anna przygotowała wiadomość dla naszej córki, zanim Lena się urodziła.

Czarnecka uruchomiła dekodowanie.

— Szyfr jest stary, ale warstwowy. Potrzebuję klucza.

Spojrzałem na czarny żeton Widma.

— Spróbuj numeru identyfikacyjnego klucza dowódcy.

Wprowadziła ciąg znaków odczytany z wewnętrznej krawędzi żetonu.

Plik się otworzył.


Nie było nagrania.

Nie było listu.

Była lista numerów kont, kontraktów, nazwisk oraz dat.

Kolski.

Halicka.

Witkowski.

Malinowski.

Sokołowski.

I dziesiątki pozycji, których nie znałem.

Na samym końcu widniało jedno zdanie:


„Jeśli Daniel to czyta, Cerber przeżył nas wszystkich.”

Radecki zaklął pod nosem.

Czarnecka przewinęła niżej.

— Jest załącznik.

Mapa.

Na niej zaznaczono lokalizację około czterdziestu kilometrów od miasta.

Stary podziemny węzeł łączności wojskowej.

— Skarbiec — powiedział Gajda.

— Nie tak szybko — odpowiedziała Czarnecka.

Pod mapą znajdował się drugi komunikat.


„KLUCZ DOWÓDCY OTWIERA DRZWI. DOWÓD OTWIERA PRAWDĘ.”

— Co to znaczy? — zapytał Kania.

Spojrzałem na listę.

— Anna wiedziała, że ktoś może zdobyć żeton. Dlatego sam klucz nie wystarcza.

Wtedy Czarnecka gwałtownie odwróciła się do drugiego monitora.

— Mam Jakuba.

Wszyscy spojrzeliśmy na nią.

— Zdjęcie wysłane przez Sokołowskiego miało ukryty znacznik transmisji. Prawdopodobnie jego ludzie używali go do potwierdzenia odbioru. Zostawili otwarte połączenie o ułamek sekundy za długo.

Na mapie pojawił się punkt.

Nie przy bocznicy.


Po drugiej stronie miasta.

— Budynek należący do firmy ochroniarskiej kampusu — powiedziała.

Kania już się podnosił.

— Tym razem jedziemy po nich.

Spojrzałem na Radeckiego.

— Bez hałasu. Policję wezwiemy dopiero, kiedy będziemy mieli Jakuba i jego matkę na zewnątrz.

Dwadzieścia pięć minut później obserwowaliśmy budynek z samochodu zaparkowanego dwie ulice dalej.

Czarnecka przejęła obraz z wewnętrznej kamery.

Jakub siedział w małym biurze razem z matką.

Pilnowało ich dwóch mężczyzn.


Kania spojrzał na mnie.

— Wejście od zaplecza.

— Radecki z tobą.

— A ty?

— Jadę do Malinowskiego.

Radecki odwrócił głowę.

— Teraz?

— Anna zostawiła plik na jego uczelni. Zdjęcie powstało z nim. Jeśli ktokolwiek wie, czym jest „dowód”, to on.

Rozdzieliliśmy się.

Kiedy dotarłem do domu profesora Malinowskiego, drzwi były otwarte.

W środku panowała ciemność.

Znalazłem go w gabinecie.

Siedział przy biurku z twarzą ukrytą w dłoniach.

Na mój widok nie wyglądał na zaskoczonego.

— Wiedziałem, że w końcu pan przyjdzie, pułkowniku Wrona.

— Gdzie jest dowód Anny?

Malinowski powoli podniósł wzrok.

— Lena znalazła kartę?

— Tak.

Przymknął oczy.

— W takim razie zaczęło się dokładnie tak, jak Anna przewidziała.

Podszedłem bliżej.

— Moja żona przewidziała atak na córkę?

— Nie. Przewidziała, że jeśli Cerber kiedykolwiek wróci, ktoś będzie szukał skarbca.

— Co jest w środku?

Malinowski przełknął ślinę.

— Nie tylko dokumenty dotyczące korupcji.

— Co jeszcze?

— Dowód na to, kto naprawdę wydał rozkaz podczas ostatniej operacji Widma.

Zamarłem.

— Jakiej operacji?

Malinowski spojrzał mi prosto w oczy.

— Tej, po której rozwiązano pański zespół.

Telefon w mojej kieszeni zadzwonił.

Radecki.

— Mamy Jakuba i jego matkę. Są cali.

Po raz pierwszy od wielu godzin pozwoliłem sobie odetchnąć.

— Dobra robota.

Ale kiedy się rozłączyłem, zobaczyłem, że Malinowski patrzy za moje plecy.

Jego twarz nagle pobladła.

Odwróciłem się.

Przy wejściu do gabinetu stał mężczyzna z pistoletem.

Nie znałem go.

Malinowski znał.

— Sokołowski pana znalazł — wyszeptał.

Mężczyzna uniósł broń.

Rzuciłem się w bok.

Padł strzał.

Lampa eksplodowała nad biurkiem.

Sekundę później napastnik leżał na podłodze, a jego broń znajdowała się w mojej dłoni.

Malinowski oddychał ciężko.

Podszedłem do niego.

— Dokończ.

Spojrzał na nieprzytomnego mężczyznę.

Potem na mnie.

— Anna odkryła, że ktoś z dowództwa Widma sprzedał informacje dotyczące tamtej operacji.

— Kto?

Malinowski pokręcił głową.

— Nazwisko znajduje się tylko w skarbcu.

— Dlaczego Anna miała do niego dostęp?

Profesor zacisnął powieki.

— Bo to właśnie ona stworzyła kopię dowodów.

Zrobił krótką pauzę.

— I dlatego, pułkowniku, jestem przekonany, że jej śmierć nie była przypadkiem.

Ciąg dalszy — kliknij Część 8, aby czytać dalej.

No comments yet