Rozrywka

Trzej studenci złamali szczękę mojej córki. Nie wiedzieli, kogo zmusili do powrotu

Sześć godzin.

Tyle czasu dał mi Sokołowski, żeby otworzyć skarbiec, którego lokalizacji nawet nie znałem.

I mniej więcej tyle samo czasu mogło zostać Jakubowi i jego matce.

— Znajdź samochód — powiedziałem.

Czarnecka już pracowała.

— Plik został oczyszczony z metadanych. Zdjęcie przeszło przez trzy serwery pośredniczące.

— Nie pytam, skąd je wysłał. Pytam, gdzie są.

Powiększyła fotografię.

Jakub siedział z tyłu czarnego SUV-a. Matka obok niego wyglądała na przerażoną, ale nie widziałem śladów obrażeń.

Borkowski nachylił się nad ekranem.


— Odbicie.

W szybie za głową Jakuba widniał fragment czerwonego napisu.

Czarnecka odwróciła obraz.

STACJA PALIW.

Niżej można było dostrzec część numeru drogi.

— Mam — powiedziała po chwili. — Zdjęcie zrobiono najwyżej trzydzieści minut temu. Są tylko dwie stacje tej sieci przy tej trasie.

Kania już ruszał do drzwi.

— Sprawdzę obie.

— Nie sam — powiedział Radecki.

— Sam będę szybszy.


— A jeśli właśnie na to czekają?

Kania zatrzymał się.

Sokołowski znał nasze stare metody.

Wiedział, kto z nas specjalizował się w rozpoznaniu, kto w infiltracji, kto w analizie.

Każdy odruch, który przez lata ratował nam życie, teraz mógł być przewidywalny.

— Jedziecie razem — zdecydowałem. — Ale nie zbliżacie się, dopóki nie będziemy wiedzieć, kto ich pilnuje.

Kania skinął głową.

Radecki ruszył z nim.

Zostałem z Leną, Borkowskim, Czarnecką i Gajdą.

Położyłem żeton Widma na metalowym stole.


— Jak to działa?

Gajda patrzył na niego długo.

— Nie wiem wszystkiego.

— Dzisiaj wyjątkowo nie mam cierpliwości do twoich tajemnic.

— To nie tajemnica. System specjalnie podzielono na części. Ja znałem procedurę utworzenia skarbca. Ty dostałeś klucz dowódcy. Ktoś inny przechowywał współrzędne.

— Kto?

Gajda milczał.

Wstałem.

— Aleksander.

Spojrzał na mnie.


— Twoja żona.

Świat jakby na chwilę ucichł.

Lena uniosła głowę.

— Co powiedziałeś?

Jej słowa były niewyraźne przez unieruchomioną szczękę, ale zrozumiałem każde.

Gajda spojrzał na nią, potem na mnie.

— Matka Leny pracowała dla wojskowego wywiadu.

Nie ruszyłem się.

— Nie.

— Daniel...


— Była tłumaczką.

— To była jej legenda.

Lena ścisnęła moje ramię.

Patrzyła na mnie z takim samym szokiem, jaki czułem.

Przez dziewiętnaście lat wierzyłem, że przynajmniej jedna część mojego dawnego życia była prawdziwa i zwyczajna.

Kobieta, którą kochałem.

Dom.

Dziecko.

Teraz ktoś właśnie rozcinał także to wspomnienie.

— Nazywała się Anna Wolska — powiedziałem.


— Tak.

— Była moją żoną.

— Tak.

— I szpiegiem?

Gajda pokręcił głową.

— Oficerem analitycznym. Jednym z najlepszych, jakich mieliśmy.

Podszedłem do niego.

— Wiedziałeś?

— Od początku.

Złapałem go za marynarkę.


Borkowski natychmiast się poruszył, ale uniosłem rękę.

Nie potrzebowałem pomocy.

— Przez dziewiętnaście lat pozwalałeś mi wierzyć, że nie miała z tym nic wspólnego.

— Bo tak chciała.

— Nie mów mi, czego chciała.

— Daniel, to ona poprosiła, żeby po jej śmierci wszystko zostało zamknięte.

Puściłem go.

— Umarła przy porodzie.

Gajda spojrzał mi prosto w oczy.

— Tego właśnie dotyczyła pierwsza rzecz, którą chciałem ci powiedzieć, kiedy już zapewnimy Lenie bezpieczeństwo.


Zrobiło mi się zimno.

Lena patrzyła na nas.

— Co?

Gajda odpowiedział cicho:

— Nigdy nie widziałem dokumentacji potwierdzającej, że Anna zmarła z przyczyn naturalnych.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś naprawdę wytrąciło mnie z równowagi.

Nie podczas ostrzału.

Nie podczas niewoli jednego z naszych ludzi.

Nie wtedy, gdy widziałem śmierć przyjaciół.

Ale teraz musiałem oprzeć dłonie o stół.


— Chcesz powiedzieć, że została zamordowana?

— Chcę powiedzieć, że jej śmierć została objęta klauzulą, do której nawet ja nie miałem dostępu.

Lena zaczęła płakać bezgłośnie.

Objąłem ją.

— Nie teraz — powiedziałem do Gajdy.

Mój głos był cichy.

— Ani jednego słowa więcej, dopóki nie wyciągniemy Jakuba i jego matki.

Czarnecka odwróciła się od monitora.

— Mam sygnał.

Na ekranie pojawiła się mapa.


— Telefon matki Jakuba połączył się na siedem sekund z nadajnikiem. Ktoś go włączył i natychmiast wyłączył.

— Lokalizacja?

— Magazyny przy starej bocznicy kolejowej.

Borkowski zmarszczył brwi.

— Za łatwe.

— Zdecydowanie — odpowiedziałem.

Telefon zadzwonił.

Kania.

— Jesteśmy trzy kilometry od miejsca. Widzę SUV ze zdjęcia. Pusty.

— Pułapka?

— Jeszcze nie wiem.

Usłyszeliśmy trzask.

Potem głos Radeckiego:

— Ruch na dachu!

Połączenie zostało przerwane.

Lena chwyciła mnie za rękę.

— Zostań tutaj — powiedziałem.

Pokręciła głową.

— Tato...

— Nie stracę cię drugi raz.

Spojrzałem na Borkowskiego.

— Pilnujesz jej.

— Daniel, powinienem jechać z tobą.

— Właśnie dlatego zostajesz.

Borkowski zrozumiał.

Jeśli Sokołowski chciał rozproszyć Widmo, nie mogliśmy wysłać wszystkich ludzi w jedno miejsce.

Wyszedłem razem z Czarnecką i Gajdą.

Kiedy dotarliśmy do bocznicy, Radecki i Kania czekali za betonową ścianą.

— Jeden obserwator uciekł — powiedział Kania. — Miał broń, ale nie strzelał.

— Chciał, żebyście go zauważyli.

— Też tak myślę.

Czarnecka pokazała mi obraz z miniaturowej kamery.

W magazynie znajdowały się dwa krzesła.

Puste.

Na jednym wisiała kurtka Jakuba.

Na drugim damski szalik.

A pomiędzy nimi stał ekran.

— Zdalnie sterowany — powiedziała.

— Otwórz.

Na ekranie pojawił się Sokołowski.

Tym razem nie ukrywał twarzy.

Starszy niż na nagraniu z kampusu, ale rozpoznałem go natychmiast.

— Zmarnowałeś czterdzieści siedem minut — powiedział.

— Gdzie są?

— Bezpieczni, jeśli będziesz współpracował.

— To samo mówi każdy tchórz trzymający zakładników.

Sokołowski uśmiechnął się.

— Nadal próbujesz traktować to jak operację wojskową.

— A czym to jest?

— Audytem.

Zmarszczyłem brwi.

— Przez dziewiętnaście lat państwo udawało, że Widmo nie istnieje. A Widmo przechowywało rzeczy, które mogą obalić ludzi dużo potężniejszych ode mnie.

— I dlatego torturujesz dziewiętnastoletnią dziewczynę?

Jego uśmiech zniknął.

— Nie wydawałem rozkazu złamania jej szczęki.

— Ale wysłałeś tych chłopaków.

— Mieli ją zatrzymać i zabrać telefon.

Radecki spojrzał na mnie.

To zmieniało szczegół.

Nie odpowiedzialność.

— Dlaczego jej telefon?

Sokołowski pochylił się bliżej kamery.

— Ponieważ Lena znalazła coś, czego nie powinna była znaleźć.

Spojrzałem na ekran.

— Co?

— Zapytaj córkę, co odkryła trzy dni przed atakiem w uniwersyteckim archiwum.

Połączenie zgasło.

Nikt się nie odezwał.

Natychmiast zadzwoniłem do Borkowskiego.

Odebrał po pierwszym sygnale.

— Daj Lenę.

Po chwili usłyszałem jej ciężki oddech.

— Lena. Trzy dni przed atakiem. Byłaś w archiwum uczelni?

Cisza.

Potem:

— Tak.

— Co znalazłaś?

Długo nie odpowiadała.

W końcu Borkowski przejął telefon.

— Pisze.

Usłyszałem szelest papieru.

Po chwili jego głos się zmienił.

— Daniel...

— Czytaj.

— „Znalazłam stare zdjęcie mamy.”

Serce uderzyło mi mocniej.

— Jakie zdjęcie?

Znów cisza.

— Borkowski?

— Jest na nim twoja żona, Sokołowski i profesor Malinowski.

Spojrzałem na Radeckiego.

— Data?

— Dwadzieścia lat temu.

Gajda nagle pobladł.

— To niemożliwe.

— Dlaczego?

Spojrzał na mnie.

— Bo Malinowski oficjalnie nie znał wtedy żadnego z nich.

Czarnecka podniosła wzrok znad tabletu.

— Pułkowniku, mam jeszcze coś.

Na jej ekranie pojawił się odzyskany plik z archiwum uniwersytetu.

Fotografia.

Anna stała obok Sokołowskiego.

Po drugiej stronie profesor Malinowski.

A za nimi widniały drzwi z symbolem, który znałem lepiej niż własny podpis.

Srebrna czaszka.

Widmo.

Pod zdjęciem znajdowała się odręczna adnotacja:

„CERBER — ETAP KOŃCOWY.”

I data.

Sześć tygodni przed narodzinami Leny.

Ciąg dalszy — kliknij Część 7, aby czytać dalej.

No comments yet