Wiktor obejrzał ostatnie sekundy nagrania trzy razy. Za każdym razem twarz Heleny znikała dokładnie po tym samym zdaniu, a ekran starego telefonu stawał się czarny.
„Jeden z czworaczków nie jest twoim dzieckiem.”
Serena stała kilka kroków dalej, obserwując, jak człowiek, który jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał się niemożliwy do wyprowadzenia z równowagi, traci grunt pod nogami. Wiktor nie krzyczał. Nie rzucił telefonem. Właśnie jego milczenie było najbardziej niepokojące.
— To może być zmanipulowane — powiedział wreszcie.
Emil pokręcił głową.
— Plik wygląda na oryginalny.
— „Wygląda” to nie odpowiedź.
— Potrzebuję laboratorium.
Serena sięgnęła do skrytki.
— Helena powiedziała, że ktoś zmieniał dokumenty dotyczące dzieci. Może nie chodzi o zdradę.
Wiktor spojrzał na nią.
— Jak inaczej mam to rozumieć?
— Nie wiem. Ale jeśli chciała panu powiedzieć po prostu, że jeden chłopiec ma innego ojca, po co wspominała o fałszowaniu dokumentów?
To zatrzymało go na moment.
Emil zaczął przeglądać teczkę. Pomiędzy przelewami znalazł cztery cienkie koperty oznaczone inicjałami: M.R., M.R., A.R. i T.R.
— Dokumentacja medyczna — powiedział.
Wiktor wyrwał mu pierwszą.
Były tam karty ze szpitala, w którym Helena urodziła czworaczki. Godziny narodzin, masa dzieci, numery opasek.
Serena przeglądała kolejne strony.
— Tutaj.
Na kopii formularza przy nazwisku Tomka ktoś poprawił numer identyfikacyjny długopisem.
Wiktor spojrzał na dokument.
— Co to znaczy?
— Że jego opaska miała inny numer — odpowiedział Emil.
— Dlaczego?
Nikt nie wiedział.
Telefon Sereny zawibrował.
Nieznany numer.
Wiadomość zawierała tylko fotografię.
Czterej chłopcy spali w swoim pokoju w rezydencji. Łucja leżała pomiędzy Markiem a Tomkiem, przykryta szarym kocem.
Zdjęcie zostało zrobione kilka minut wcześniej.
Serenie zrobiło się słabo.
Pod fotografią pojawił się tekst.
„Skrytka była błędem. Wracajcie.”
— Wiktor.
Pokazała ekran.
Jego twarz natychmiast się zmieniła.
— Emil, dzwoń do domu.
Emil próbował.
Nikt nie odbierał.
Wiktor już biegł.
Droga powrotna trwała kilkanaście minut, ale Serenie wydawała się godziną. Dzwoniła do Zofii bez przerwy. Bez odpowiedzi.
Kiedy samochód wjechał przez bramę, światła rezydencji nadal się paliły. Drzwi wejściowe były zamknięte. Nie było śladów włamania.
Wiktor otworzył je kodem.
— Zofia!
Cisza.
Serena pobiegła na górę.
Drzwi pokoju chłopców były uchylone.
Wpadła do środka.
Pięcioro dzieci siedziało na dywanie.
Całych.
Łucja rzuciła się matce na szyję.
— Mamo!
Serena objęła ją tak mocno, że dziewczynka zapiszczała.
— Nic ci nie jest?
— Nie.
Wiktor sprawdzał synów jednego po drugim.
— Gdzie Zofia?
Marek wskazał korytarz.
— Poszła na dół.
— Kiedy?
— Jakieś dziesięć minut temu.
Serena spojrzała na fotografię w telefonie.
— Kto zrobił wam zdjęcie?
Chłopcy popatrzyli po sobie.
— Jakie zdjęcie? — zapytał Aleksander.
Serena pokazała ekran.
Tomek pobladł.
— To było wcześniej.
— Co?
— Jak tata wyjechał. Zofia przyszła sprawdzić, czy śpimy. Potem ktoś stał w drzwiach.
— Kto?
Tomek zmarszczył czoło.
— Myślałem, że Emil.
— Emil był z nami.
Wiktor natychmiast wyszedł.
Znaleźli Zofię w kuchni.
Siedziała przy stole z głową opartą na dłoniach.
— Zofia.
Kobieta podniosła twarz.
— Wiktor?
Wyglądała na oszołomioną.
— Co się stało?
— Nie wiem. Zeszłam zrobić herbatę. Ktoś zadzwonił do drzwi od strony ogrodu. Potem...
Dotknęła skroni.
— Nic nie pamiętam.
Emil podniósł jej kubek.
— Nie pij tego.
Wiktor patrzył na gosposię.
— Kto zna kody zabezpieczeń?
— Tylko rodzina i...
Zofia urwała.
— I kto?
— Helena miała własny kod. Nigdy go nie usunięto.
Emil pobiegł do panelu systemu.
Po chwili zawołał ich.
Na ekranie widniał rejestr wejść.
23:58 — kod Heleny Radeckiej.
Serena spojrzała na zegar.
Dokładnie wtedy zrobiono fotografię dzieci.
— Ktoś używa jej kodu — powiedziała.
— Kod ma osiem cyfr — odpowiedział Emil. — Nie da się go przypadkiem odgadnąć.
Wiktor milczał.
Serena zauważyła Tomka stojącego na schodach.
Chłopiec patrzył na ekran.
— Tato?
— Wracaj do pokoju.
— Ale ja wiem, kto znał kod mamy.
Wiktor odwrócił się.
— Kto?
— Ten pan.
— Jaki pan?
— Ten, który przychodził, kiedy ciebie nie było.
Wiktor zrobił krok w stronę syna.
— Jak wyglądał?
Tomek próbował sobie przypomnieć.
— Trochę jak ty.
Serena i Emil wymienili spojrzenia.
— Adrian? — zapytała Serena.
Tomek pokręcił głową.
— Nie wiem.
Wiktor wyjął telefon i znalazł stare zdjęcie brata.
— Ten?
Tomek długo patrzył.
— Nie.
Wiktor wypuścił powietrze.
— Jesteś pewien?
— Tak. Tamten pan miał takie oczy jak Marek.
W salonie zapadła cisza.
Serena zobaczyła, że Wiktor nagle przypomniał sobie dokumenty ze skrytki.
— Emil. Testy.
— Teraz?
— Teraz.
Godzinę później lekarz, któremu Wiktor najwyraźniej ufał wystarczająco, by wezwać go o drugiej w nocy, pobierał wymazy od niego i czterech zaspanych chłopców. Serena została przy Łucji, dopóki dzieci ponownie nie zasnęły.
Wyniki miały być rano.
Wiktor jednak nie zamierzał czekać bezczynnie.
Wraz z Emilem przejrzeli archiwalne nagrania monitoringu. Większość danych sprzed śmierci Heleny została usunięta. Zachował się tylko jeden fragment z kamery przy garażu.
Data: sześć dni przed jej śmiercią.
Na ekranie Helena wychodziła z domu. Po chwili pojawił się mężczyzna.
Wiktor zatrzymał obraz.
— To nie Adrian.
Serena przyjrzała się twarzy.
Mężczyzna miał około czterdziestu lat. Wysoki. Ciemne włosy. Charakterystyczne jasne oczy.
— Zna go pan?
Wiktor nie odpowiedział.
Emil natomiast pobladł.
— Niemożliwe.
— Kto to? — zapytała Serena.
Wiktor usiadł.
— Damian Radecki.
— Kolejny brat?
— Kuzyn.
Emil pokręcił głową.
— Był kierowcą Heleny przez kilka miesięcy przed narodzinami chłopców. Potem zniknął.
Serena przypomniała sobie słowa Tomka.
„Miał takie oczy jak Marek.”
— Czy Damian może być ojcem jednego z chłopców?
Wiktor spojrzał na ekran.
W jego twarzy pojawiło się coś znacznie gorszego niż zazdrość.
— Nie.
— Skąd ta pewność?
— Bo Damian nie mógł mieć dzieci.
Emil otworzył usta, ale przerwał mu telefon.
Lekarz.
Wiktor odebrał.
— Masz wyniki?
Przez chwilę słuchał.
— Powiedz jeszcze raz.
Serena obserwowała, jak zmienia się jego twarz.
— Wszystkich czterech?
Kolejna cisza.
Wiktor rozłączył się.
— Co powiedział? — zapytała Serena.
Wiktor spojrzał na śpiących na górze synów.
— Helena mówiła prawdę.
Serena poczuła chłód.
— Który nie jest pańskim synem?
— Żaden.
— Co?
— Wszystkie cztery testy potwierdzają moje ojcostwo.
— Więc dlaczego...
— Bo lekarz znalazł coś jeszcze. Tomek ma profil genetyczny zgodny ze mną jako ojcem, ale jego próbka wskazuje, że nie może być biologicznym bratem pozostałej trójki w sposób zapisany w dokumentacji ciąży.
Serena zmarszczyła brwi.
— To niemożliwe.
— Właśnie.
Emil spojrzał na raport przesłany na telefon.
— Chyba że...
Nie dokończył.
Wiktor przeczytał kolejną stronę i zamarł.
— Co? — Serena podeszła bliżej.
Wiktor odwrócił ekran.
Laboratorium wskazywało jeszcze jedno dopasowanie znalezione w prywatnej bazie rodzinnej Radeckich.
Biologiczną matką Marka, Mikołaja i Aleksandra była Helena.
Biologiczną matką Tomka nie była.
Serena poczuła ucisk w gardle.
— Kim więc była jego matka?
Emil przewinął wynik.
Na ekranie pojawiło się nazwisko kobiety.
Wiktor przeczytał je pierwszy.
I po raz pierwszy Serena zobaczyła w jego oczach prawdziwy strach.
— Niemożliwe.
Nazwisko należało do kobiety, która według oficjalnych dokumentów zmarła dwadzieścia osiem lat wcześniej.
Kobiety, którą Serena znała tylko z wyblakłego zdjęcia stojącego przez całe dzieciństwo na komodzie ojca.
Ewa Kowalska.
Jej matka.







No comments yet