Rozrywka

Żadna Niania Nie Wytrzymała Nawet Do Kolacji Z Czworaczkami Mafijnego Bossa — Aż Spłukana Nieznajoma Odkryła Sekret, Który Miał Pozostać Pogrzebany

Serena przeczytała nazwisko jeszcze raz, potem trzeci, jakby litery mogły ułożyć się inaczej, jeśli będzie patrzyła wystarczająco długo.

Ewa Kowalska.

Jej matka.

Kobieta, która według Jana zmarła, gdy Serena miała cztery lata. Serena pamiętała z niej zaledwie kilka oderwanych obrazów: zapach mydła lawendowego, miękki granatowy sweter i głos nucący tę samą kołysankę przed snem. Przez dwadzieścia osiem lat wierzyła, że więcej wspomnień nigdy nie będzie miała.

— To błąd — powiedziała.

Emil nie odpowiedział.

— Powiedz, że to błąd.

— Laboratorium porównało próbkę Tomka z materiałem przechowywanym w rodzinnej bazie medycznej.

— Dlaczego DNA mojej matki znajduje się w bazie Radeckich?

To pytanie zawisło pomiędzy nimi.

Wiktor wziął telefon.

— Skąd pochodzi próbka Ewy?

Emil otworzył szczegóły raportu. Po chwili jego brwi się ściągnęły.

— Materiał dodano dwadzieścia dziewięć lat temu.

Serena zesztywniała.

— Czyli zanim podobno umarła.

— Tak.

— Kto go dodał?

Emil przewinął niżej.

— Roman Radecki.

Serena zamknęła oczy.

Znów Roman.

Fałszywy akt urodzenia wskazywał go jako jej ojca. Jan pracował dla niego. Ewa znajdowała się w jego prywatnej bazie medycznej. Helena wiedziała o Serenie. A teraz test sugerował coś biologicznie absurdalnego.

— Moja matka miałaby dziś pięćdziesiąt dziewięć lat — powiedziała. — Tomek ma sześć. Chcecie mi powiedzieć, że urodziła dziecko po pięćdziesiątce?

— Nie — odpowiedział Wiktor. — Chcę powiedzieć, że ktoś bardzo długo przygotowywał tę historię.

Serena spojrzała na niego.

— Czyli wynik sfałszowano?

— Albo źle interpretujemy to, co widzimy.

Emil nagle podniósł głowę.

— Zarodki.

Serena poczuła mdłości.

— Co?

— Jeśli materiał genetyczny pochodził z komórki jajowej pobranej wiele lat wcześniej...

Wiktor natychmiast zrozumiał.

— Klinika.

Emil zaczął przeszukiwać dokumenty ze skrytki. W jednej z kopert znalazł rachunek wystawiony przez prywatną klinikę leczenia niepłodności pod Warszawą. Data pochodziła sprzed siedmiu lat.

— Helena była tam pacjentką — powiedział.

Wiktor odebrał mu dokument.

— Nie była.

— Jest jej nazwisko.

— Czworaczki zostały poczęte naturalnie.

Serena patrzyła na niego.

— Tak powiedziała panu Helena?

Wiktor nie odpowiedział.

To wystarczyło.

O świcie pojechali do kliniki. Dzieci zostały w rezydencji pod ochroną Emila i dodatkowych ludzi Wiktora. Serena nie chciała zostawiać Łucji, lecz dziewczynka sama powiedziała:

— Znajdź babcię.

Te słowa towarzyszyły Serenie przez całą drogę.

Klinika mieściła się w niepozornym budynku otoczonym sosnami. Wiktor potrzebował zaledwie jednego telefonu, by dyrektor placówki pojawił się mimo wczesnej godziny.

Doktor Szymon Bielski miał około sześćdziesięciu lat. Kiedy zobaczył nazwisko Heleny na rachunku, stracił kolor.

— Nie mogę ujawniać danych pacjentów.

Wiktor położył fotografię czarnej koperty na biurku.

— Ktoś fotografuje nasze dzieci. Proszę zdecydować, czy tajemnica zawodowa jest teraz pańskim największym problemem.

Bielski długo patrzył na zdjęcie.

— Myślałem, że wszystko zostało zniszczone.

Serena pochyliła się.

— Co?

Lekarz zamknął drzwi gabinetu.

— Helena przyszła do mnie około siedmiu lat temu. Była w ciąży.

— Już w ciąży? — zapytał Wiktor.

— Tak. Z trojaczkami.

Wiktor znieruchomiał.

— Czworaczkami.

— Nie. — Bielski pokręcił głową. — Kiedy pierwszy raz ją badałem, były trzy płody.

Serena poczuła, jak wszystkie elementy zaczynają układać się w przerażający obraz.

— Skąd więc Tomek?

Lekarz usiadł ciężko.

— Nie wiem.

— Pan prowadził ciążę.

— Tylko przez kilka tygodni. Potem Helena przestała przychodzić.

— Dlaczego?

Bielski spojrzał na Wiktora.

— Bo odkryła, że ktoś włamał się do naszej dokumentacji.

Wyjął klucz z szuflady i otworzył metalową szafkę. Z samego tyłu wyciągnął cienką teczkę.

— Zachowałem jedną kopię.

W środku znajdowało się zdjęcie USG.

Trzy wyraźne sylwetki.

Data odpowiadała dwunastemu tygodniowi ciąży.

— A kilka miesięcy później urodziła czterech chłopców — powiedziała Serena.

— Tak.

— Czy to medycznie możliwe?

— Nie w sposób, który tłumaczyłby pojawienie się czwartego dziecka na tak późnym etapie.

Wiktor zacisnął dłonie.

— Czyli Tomek nie urodził się z Heleny.

Bielski długo milczał.

— Istnieje coś jeszcze.

Wyjął drugą kartkę.

Był to formularz transportu materiału biologicznego. Serena zobaczyła nazwisko dawczyni.

Ewa Kowalska.

— Materiał przechowywano przez ponad dwadzieścia lat — powiedział lekarz. — Został przeniesiony do naszej kliniki na polecenie Romana Radeckiego.

— Po co?

— Tego nigdy mi nie powiedziano.

— Kto odebrał materiał?

Bielski wskazał podpis.

Serena przeczytała.

Adrian Radecki.

Data: siedem miesięcy przed narodzinami chłopców.

Wiktor poderwał głowę.

— Adrian oficjalnie nie żył już wtedy od miesiąca.

— Wiem — odpowiedział lekarz.

— Widział go pan?

Bielski skinął głową.

— Osobiście.

Serena poczuła, jak serce przyspiesza.

— Co zrobił z materiałem?

— Nie wiem. Ale kilka miesięcy później Helena wróciła do mnie. Była przerażona. Powiedziała, że w jej domu pojawiło się dziecko, którego nikt nie powinien był znaleźć.

— Tomek — wyszeptała Serena.

Lekarz nie odpowiedział.

Telefon Wiktora zadzwonił.

Emil.

— Mów.

Głos po drugiej stronie był tak głośny, że Serena usłyszała pojedyncze słowa.

„Tomek... zniknął.”

Wiktor pobladł.

— Jak to zniknął?

— Kamery padły na dziewięćdziesiąt sekund. Kiedy obraz wrócił, jego nie było.

Serena chwyciła oparcie krzesła.

— Łucja?

Wiktor natychmiast zapytał:

— A Łucja?

— Jest bezpieczna. Pozostali chłopcy też.

W tle rozległ się głos Marka.

— Tato!

Emil przekazał mu telefon.

Marek płakał, ale próbował mówić wyraźnie.

— Tomek sam wyszedł.

— Dlaczego?

— Bo dostał wiadomość.

— Jaką?

— Ktoś wsunął kartkę pod drzwi.

— Co na niej było?

Marek zaczerpnął powietrza.

— Że jego prawdziwa mama czeka w ogrodzie.

Serena zamknęła oczy.

Wtedy telefon doktora Bielskiego zawibrował na biurku.

Lekarz spojrzał na ekran i zamarł.

— Co się stało? — zapytał Wiktor.

Bielski nie odpowiedział.

Serena zobaczyła wiadomość.

„Skoro Radecki już wie o Tomku, pokaż mu pokój numer 6.”

Lekarz powoli podniósł wzrok.

— Nie powinniście byli tutaj przyjeżdżać.

Wiktor zrobił krok w jego stronę.

— Co jest w pokoju numer sześć?

Bielski wyglądał, jakby przez lata bał się właśnie tego pytania.

— Nie „co”.

Spojrzał na Serenę.

— Kto.

Zaprowadził ich do zamkniętej części kliniki. Za ostatnimi drzwiami znajdował się niewielki pokój bez oznaczeń. Bielski drżącą ręką przekręcił klucz.

W środku stało łóżko, szafa i krzesło przy oknie.

Na krześle siedziała kobieta o siwych włosach.

Kiedy zobaczyła Serenę, kubek wypadł jej z dłoni.

Rozbił się o podłogę.

Kobieta wstała.

Serena nie potrzebowała zdjęcia, żeby ją rozpoznać.

Te same oczy widziała każdego ranka we własnym lustrze.

— Serena? — wyszeptała kobieta.

Serena nie potrafiła się poruszyć.

— Mama?

Ewa Kowalska zaczęła płakać.

— Boże... Jan powiedział mi, że nigdy cię już nie zobaczę.

Wiktor zrobił krok do środka.

Ewa spojrzała na niego.

Jej twarz natychmiast zmieniła się ze wzruszenia w przerażenie.

— Nie — powiedziała. — Nie przy nim.

— Przy kim? — zapytała Serena.

Ewa chwyciła córkę za rękę.

— Musisz zabrać Łucję i uciekać.

— Dlaczego?

Ewa spojrzała na Wiktora, potem na Serenę.

— Bo Tomek nie był pierwszym dzieckiem, które podmienili.

Serena poczuła, jak zaciska jej się gardło.

— Co masz na myśli?

Ewa ścisnęła jej dłoń.

— Ty też nie jesteś dzieckiem Jana Kowalskiego.

No comments yet