Rozrywka

Nakarmiłam Głodujące Niemowlę Szefa Mafii W Prywatnym Odrzutowcu — A Potem Odkryłam Prawdę O Śmierci Mojej Rodziny

Mateusz przez kilka sekund nie odpowiedział. Jego wzrok przesunął się z twarzy Anny na jej dłonie, potem z powrotem na twarz. Nie było w nim już tylko podejrzliwości. Pojawiło się coś znacznie trudniejszego do odczytania: nadzieja, której najwyraźniej sam się bał. Dziewczynka w jego ramionach wydała z siebie cichy, urywany jęk i zacisnęła maleńkie palce na materiale jego garnituru. Anna poczuła, jak serce ściska jej się boleśnie. Znała ten moment. Dziecko nie miało już siły krzyczeć. Jeśli nadal będzie czekać, może stać się coś znacznie gorszego.

— Co powiedziałaś? — zapytał Mateusz cicho.

— Mogę ją nakarmić. Nadal mam pokarm. Moje dzieci… — Anna urwała, przełknęła ślinę i zmusiła się, żeby dokończyć. — Straciłam je trzy miesiące temu.

W kabinie nikt się nie poruszył. Stewardesa odwróciła wzrok, jakby ta krótka informacja była zbyt intymna, by ją słyszeć. Jeden z ochroniarzy zrobił krok do przodu, lecz Mateusz uniósł rękę. Gest był niewielki, ale mężczyzna natychmiast się zatrzymał.

— Skąd mam wiedzieć, że nie próbujesz zrobić jej krzywdy?

Anna spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie możesz wiedzieć. Tak samo jak ja nie wiem, czy za dziesięć minut któryś z pańskich ludzi nie wyrzuci mnie z tego samolotu, bo usłyszałam za dużo. Ale pańska córka nie ma dziesięciu minut.

Te słowa trafiły w niego mocniej niż krzyk. Mateusz zacisnął szczękę. Przez chwilę wyglądał, jakby miał wyrzucić Annę z kabiny, lecz wtedy dziecko nagle zaczęło słabnąć w jego ramionach. Główka dziewczynki opadła mu na przedramię. Mateusz pobladł.

— Zróbcie coś! — warknął.

Stewardesa podbiegła z butelką, ale Anna natychmiast pokręciła głową.

— Ona jest zbyt wyczerpana. Jeśli nie chce butelki, nie zmuszajcie jej.

— A ty jesteś pewna, że ją nakarmisz?

— Jestem matką.

Wypowiedzenie tych dwóch słów zabolało ją bardziej, niż się spodziewała. Przez trzy miesiące nie pozwalała sobie ich powiedzieć. Były zbyt ciężkie. Zbyt pełne wspomnień. Teraz jednak nie miała czasu na żałobę.

Mateusz spojrzał na stewardesę.

— Zamknijcie drzwi między kabinami. Nikt nie wchodzi. Nikt nie wychodzi.

— Panie Wołkow…

— Zrobić to.

Drzwi zostały zamknięte. Dwóch ochroniarzy stanęło po obu stronach, a trzeci pozostał kilka kroków za Mateuszem. Anna poczuła, że znalazła się w pułapce, ale widok dziecka sprawił, że przestała się zastanawiać nad konsekwencjami. Stewardesa przygotowała jej miejsce w niewielkim, prywatnym przedziale znajdującym się za kabiną pilota. Anna usiadła, a Mateusz przez moment stał nieruchomo z córką na rękach.

— Jak ma na imię? — zapytała.

— Zofia.

To imię uderzyło w Annę niespodziewanie. Jedna z jej bliźniaczek miała mieć na drugie imię Zofia. Nigdy nie zdążyli jej tak nazwać, ale jeszcze przed porodem Anna i jej mąż długo o tym rozmawiali. Zamknęła oczy, odpychając wspomnienie, i wyciągnęła ramiona.

— Podaj mi ją.

Mateusz zawahał się.

— Jeśli coś jej się stanie…

— Wiem.

Przekazał jej dziecko. Anna poczuła ciężar maleńkiego ciała i przez sekundę wszystko wokół niej przestało istnieć. Zofia była rozgrzana, wyczerpana i dziwnie spokojna. Anna przytuliła ją do siebie i zrobiła to, co jej ciało pamiętało mimo rozpaczy. Dziewczynka początkowo była zbyt słaba, by zareagować, ale po chwili zaczęła ssać. Cicho. Ostrożnie. Jakby bała się, że jedzenie zniknie, jeśli zrobi choćby najmniejszą przerwę.

Mateusz stał obok i patrzył.

Po raz pierwszy od chwili, gdy Anna go zobaczyła, jego twarz nie przypominała maski człowieka, którego wszyscy się boją. Wyglądał jak ojciec, który właśnie zobaczył, że jego dziecko wraca do życia.

— Ona… naprawdę je — wyszeptał.

Anna nie odpowiedziała. Łzy same spływały jej po policzkach. Nie wiedziała, czy płacze z ulgi, bólu, czy dlatego, że po raz pierwszy od śmierci swoich synów jej ciało znów robiło coś, co miało sens.

Po kilku minutach oddech Zofii stał się spokojniejszy. Maleńka dłoń rozluźniła się na ubraniu Anny. Mateusz wypuścił powietrze, którego najwyraźniej przez cały czas nieświadomie wstrzymywał.

I właśnie wtedy rozległo się krótkie pukanie do drzwi.

Jeden z ochroniarzy natychmiast odwrócił głowę.

— Panie Wołkow, musisz to zobaczyć.

Mateusz podszedł do drzwi i odebrał telefon satelitarny. Przez kilka sekund tylko słuchał. Jego twarz zmieniła się natychmiast.

— Kto jeszcze wie, że Anna jest na pokładzie? — zapytał.

Ochroniarz spojrzał na niego z napięciem.

— Nikt, poza załogą i nami.

Mateusz powoli odłożył telefon.

— To niemożliwe.

— Co się stało? — zapytała Anna.

Mateusz spojrzał na nią, potem na śpiącą Zofię.

— Ktoś właśnie wysłał wiadomość do mojego człowieka w Warszawie.

Zrobił pauzę.

— Napisał, że kobieta, która nakarmiła moją córkę, ma wrócić do domu natychmiast. Żywa albo martwa.

Anna poczuła, jak lodowaty strach przechodzi jej przez plecy.

A Mateusz po raz pierwszy wyglądał tak, jakby naprawdę bał się nie o siebie, lecz o nią.

No comments yet