Serena przez kilka sekund nie była w stanie oderwać wzroku od zdjęcia. Łucja stała przed szkołą w granatowej kurtce, z różowym plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i kosmykiem jasnych włosów przyklejonym do policzka przez wiatr. Fotografia nie została zrobiona przypadkiem. Ktoś czekał. Ktoś wiedział, o której kończą się lekcje. Ktoś stał wystarczająco blisko, żeby uchwycić wyraz znudzenia na twarzy dziewczynki, gdy patrzyła w stronę ulicy.
Serena mocniej przycisnęła córkę do siebie.
— Kiedy to zrobiono? — zapytała cicho.
Wiktor nie odpowiedział od razu. Trzymał kopertę za krawędź, jakby samo dotknięcie papieru mogło coś uruchomić. Jego twarz nie zdradzała strachu, ale Serena zauważyła zmianę, której nie potrafił ukryć. Ramiona miał nieruchome. Szczękę zaciśniętą. Wzrok skupiony nie na zdjęciu, lecz na siedmiu słowach zapisanych z tyłu.
„Nie powinnaś była wchodzić do tego domu.”
— To dzisiaj — powiedziała Serena. — Ma tę samą kurtkę. Rano ją odprowadzałam.
Łucja drgnęła w jej ramionach.
— Mamo, kto zrobił mi zdjęcie?
Serena otworzyła usta, ale głos ugrzązł jej w gardle.
— Nikt, kim musisz się martwić — odpowiedział za nią Wiktor.
Spojrzała na niego ostro.
— Nie okłamuj jej.
— Nie okłamuję. — Podniósł oczy. — To ja mam się tym martwić.
Wiktor odwrócił się do stojącego w drzwiach mężczyzny w ciemnym garniturze. Serena widziała go wcześniej tylko przelotnie. Nazywał się Emil i przez cały wieczór poruszał się po rezydencji tak cicho, że łatwo było o nim zapomnieć.
— Zamknij bramy. Nikt nie wchodzi ani nie wychodzi bez mojej zgody. Sprawdź monitoring od szesnastej. Szkołę Łucji również.
Serena zesztywniała.
— Skąd zna pan jej szkołę?
Emil spojrzał na Wiktora.
To wystarczyło.
— Sprawdzał mnie pan.
Wiktor powoli odłożył zdjęcie na stół.
— Sprawdzam każdego człowieka, który ma zostać sam z moimi dziećmi.
— Wiedział pan o Łucji?
— Tak.
— Wiedział pan o rozprawie?
Zapadła cisza.
Serena poczuła, jak ciepło odpływa jej z twarzy.
— Odpowiedz.
— Tak.
Jeszcze kilka godzin wcześniej desperacko potrzebowała tej pracy. Teraz nagle poczuła się jak idiotka, która sama weszła do klatki, a potem zdziwiła się, że ktoś zamknął drzwi.
— Mamo? — wyszeptała Łucja.
Serena uklękła, poprawiając córce kołnierz piżamy. Dziewczynka przyjechała do rezydencji niespełna godzinę wcześniej, kiedy awaria prądu w mieszkaniu Sereny sprawiła, że sąsiadka odmówiła dalszego pilnowania jej tej nocy. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Wiktor pozwolił dziecku zostać. Serena jeszcze wtedy odebrała to jako niespodziewaną uprzejmość.
Teraz nie była pewna niczego.
— Pójdziesz z panią Zofią na górę — powiedziała spokojnie. — Będę za chwilę.
— Ale nie znikniesz?
Te trzy słowa uderzyły Serenę mocniej niż groźba na odwrocie fotografii.
— Nie.
Łucja wyciągnęła mały palec. Serena zaczepiła o niego swój.
— Obiecuję.
Gdy gosposia zabrała dziewczynkę, Tomek nadal stał przy fortepianie. Był blady. Jego bracia po raz pierwszy tego wieczoru nie biegali, nie krzyczeli, nie próbowali niczego niszczyć. Marek trzymał Mikołaja za rękaw, jakby bał się, że ten zrobi coś głupiego. Aleksander patrzył na ojca.
— Tomek — odezwał się Wiktor. — Co powiedziałeś wcześniej?
Chłopiec spuścił wzrok.
— Że mama miała takie listy.
Wiktor zbliżył się do syna.
— Jakie listy?
— Czarne koperty.
— Ile?
Tomek wzruszył ramionami.
— Dużo.
Wiktor zamarł.
Serena patrzyła na niego, próbując odgadnąć, czy naprawdę nic o nich nie wiedział.
— Gdzie je widziałeś? — spytała łagodniej.
Tomek zerknął na nią, potem na fortepian stojący pod wysokim oknem salonu.
— Tam.
Wiktor ruszył pierwszy. Odsunął ciężką ławę i uniósł pokrywę instrumentu. Sprawdził pulpit, przestrzeń przy klawiszach, potem spojrzał na Tomka.
— Nie tutaj.
Chłopiec podszedł bliżej i wsunął małe palce pod drewnianą listwę pod klawiaturą.
Kliknęło.
Serena aż wstrzymała oddech.
Wąski panel odsunął się o kilka centymetrów.
Wiktor wyciągnął go mocniej.
Za nim znajdowała się płytka skrytka.
Pusta.
Tomek pokręcił głową.
— Były tutaj.
Wiktor przesunął dłonią po wnętrzu. Wyjął jedynie zaschnięty płatek białej róży i niewielki fragment papieru, który utknął w szczelinie.
Serena zobaczyła na nim kilka odręcznych słów.
Wiktor przeczytał je pierwszy.
Jego twarz zmieniła się natychmiast.
— Co tam jest? — zapytała Serena.
Nie odpowiedział.
Wyrwała mu kartkę.
Papier był stary, pożółkły na brzegach. Pismo identyczne jak na fotografii Łucji.
„Jeśli coś mi się stanie, nie ufaj Wiktorowi.”
Serena powoli podniosła głowę.
Marek zakrył usta dłonią. Tomek wyglądał, jakby przestał oddychać.
Wiktor patrzył na zdanie napisane przez własną zmarłą żonę, lecz w jego oczach nie było zaskoczenia.
Było rozpoznanie.
Serena zrobiła krok w tył.
— Pan już kiedyś widział tę wiadomość.
Wiktor długo milczał.
— Nie tę.
— Ale podobną.
Z korytarza dobiegł szybki odgłos kroków. Emil wszedł do salonu z telefonem w dłoni.
— Mamy problem.
Wiktor nawet się nie odwrócił.
— Jaki?
— Kamera przed szkołą Łucji zarejestrowała człowieka, który zrobił zdjęcie.
Serena poczuła ucisk w żołądku.
— Kto to?
Emil spojrzał najpierw na nią, potem na Wiktora.
— Ktoś, kto według naszych informacji nie żyje od sześciu lat.
Wiktor wreszcie odwrócił głowę.
— Nazwisko.
Emil zawahał się tylko ułamek sekundy.
— Adrian Radecki.
W salonie zapadła absolutna cisza.
Serena nie znała tego nazwiska, ale po twarzach chłopców zrozumiała, że oni znali.
Wiktor ścisnął fragment starego listu tak mocno, że papier zagiął mu się między palcami.
— To niemożliwe.
Tomek spojrzał na ojca.
— Nie, tato.
Jego głos był ledwie słyszalny.
— Mama też mówiła, że wujek Adrian nie umarł.







No comments yet